2.12.16

Ulubione: listopad

Garść minirecenzji z podsumowaniem minionego miesiąca oraz zapowiedziami nadchodzących postów :)


1. W minionym miesiącu udało mi się przeczytać kilka mniej lub bardziej udanych powieści. Najlepsza z nich to bez wątpienia Dom Czwarty Katarzyny Puzyńskiej. Jeśli w długi zimowy wieczór najdzie Was ochota na dobry polski kryminał, będzie to doskonały wybór. I nie, nie musicie znać poprzednich losów głównych bohaterów (Dom... to siódma część serii o policjantach z Lipowa). 

2. Mój makijaż oczu od jakiegoś czasu oscyluje wokół paletek Tarte, a Tease to zestaw sześciu cieni, który kupiłam z myślą o czekających mnie niebawem podróżach. Natomiast mini-maskara Lights, camera, lashes trafiła do mnie razem z pokaźnym zestawem miniatur otrzymanym razem z zamówieniem z Sephory. Mówiąc wstępnie - jest szał.

3. Do miniaturowych nowości w mojej kosmetyczce należy również malutki kompakt z rozświetlaczem Becca w kolorze Opal. Byłam strasznie ciekawa tej marki, kiedy więc trafiłam na zestaw rozświetlaczy, nie zastanawiałam się długo nad zakupem. Z pudrem polubiłam się bardzo, z płynem nieco mniej, niemniej jakość w obu przypadkach jest naprawdę imponująca. Co ciekawe, odcień, faktura i generalnie wszystko inne jest identyczne jak w Diorskin Nude Air Glowing Gardens (recenzja tutaj), niemniej cieszę się, że będę miała wersję mini (podróże, podróże). 

4. Pomadę do brwi Anastasia Beverly Hills przywiozłam jeszcze z Polski, ale dopiero w minionym miesiącu urządziłam jej prawdziwy poligon doświadczalny, co pozwala mi nareszcie na wydanie miarodajnej opinii - pozytywnej, a jakże.

5. Moja cera sprawiła mi ostatnio kilka niemiłych niespodzianek, z której to okazji z czeluści szuflady wyciągnęłam miniaturę korektora Double Wear od Estee Lauder. Jest dokładnie tak dobry, jak mówią we wszystkich wpisach na jego temat -idealnie kryjący, wystarczająco (ale nieprzesadnie) gęsty, ładnie wtapiający się w cerę, trwały. 

6. Na froncie pielęgnacyjnym w zasadzie bez zmian, nadal korzystam z różanych dobroci Bielendy z linii Rose Care (recenzja tutaj), w której prawdziwym skarbem jest dwufazowe serum. Odkryciem listopada jest natomiast peeling St. Ives, którego ostatnio używałam... 12 lat temu! Opowiem Wam tę historię przy okazji wpisu na jego temat. Z kolei fioletowa maska Glamglow to produkt, na którego zakup pewnie nie zdecydowałabym się nigdy z własnej woli, gdyby nie saszetki z próbkami. Słoik będzie mój, a dla Was postaram się również opublikować pełną recenzję, anytime soon

7. Przyrzekłam sobie również solennie, że w grudniu opublikuję obiecany daaawno temu wpis na temat moich ukochanych pomadek Essence. Jako że na codzień wolę raczej stonowane, naturalne usta, moim ulubieńcem wszechczasów jest widoczny na zdjęciu odcień Natural Beauty.

8. Co prawda próbki 34 Boulevard st Germain dostałam zaledwie dwa dni temu, ale w przypadku zapachów Diptyque mój nos szybko weryfikuje co mu się podoba, a co nie. W tym przypadku zostałam kompletnie oczarowana.
 
Czy u Was w minionym miesiącu też pojawiły się jakieś ciekawe odkrycia książkowe/modowe/kosmetyczne?

Wasza,

Mała Czarna
Czytaj dalej »

28.11.16

Naczynka: linia Rose Care, BIelenda

Czyli słów kilka o najnowszym, hucznie promowanym w wirtualnym świecie dziecku Bielendy.


Jak pisałam niedawno, tuż przed wyjazdem w ciepłe kraje odkryłam nowe oblicze własnej twarzy. Ponieważ w tych stronach cera naczynkowa jest zjawiskiem właściwie nieistniejącym, od kilku miesięcy nieustająco ściągam z Polski odpowiednie kosmetyki pielęgnacyjne za pomocą rodziny. W jednej z paczek zamówiłam komplet do cery wrażliwej o nazwie Rose Care, o którym poniżej. Dodam, że wszystkie kosmetyki kupiłam sama, nie mam więc żadnych zobowiązań wobec producenta,  jednak dla wygody ewentualnie zainteresowanych podaję od razu link do internetowego sklepu Bielendy. Zaczynając od końca, mój różany ranking prezentuje się następująco:


4. Kojąca woda różana 3 w 1 - nie dajcie się zwieść pozorom: mimo, że plasuje się u mnie na ostatnim miejscu, wcale nie uważam, że jest to kiepski produkt. Chodzi po prostu o to, że wodę dorzuciłam do koszyka z rozpędu w szale zakupów, natomiast ja po prostu nie używam tego rodzaju specyfików. Po zmyciu twarzy wodą micelarną mam wrażenie, że rozmazałam sobie cały brud i makijaż na twarzy, która robi się lepka i kwalifikuje się natychmiast do ponownego umycia czymś innym. Ale to ja, wiem, że niektórzy po prostu tak mają. Jeśli jednak w Waszej pielęgnacji woda micelarna stanowi któryś punkt programu, myślę, że ta będzie równie dobra - i za ogromny plus całej linii uważam to, że każdy może w niej znaleźć coś dla siebie. Ja wodą różaną wolę się po prostu opryskać (tak jak tonikiem różanym od Evree) i dlatego u mnie  ten kosmetyk być może sprawdziłby się lepiej w opakowaniu z atomizerem.

3. Olejek różany do mycia twarzy - dobry, porządny produkt, który "robi robotę", czyli zmywa makijaż i inne świństwa. Czasami lekko ściąga po myciu, nie szczypie w oczy (jak to olejek, czasem tylko zamgli wzrok). W moim olejku w połowie popsuła się pompka :( Mam jednak nadzieję, że po prostu trafiłam na felerny egzemplarz.


2. Krem różany nawilżająco-łagodzący dla cery wrażliwej - z którym polubiłam się tak bardzo, że trafił aż na miejsce drugie :) Mam jednak kilka uwag natury ogólnej. Po pierwsze, jako krem "na dzień i na noc", nie zawiera filtrów, a więc nadaje się bardziej na dzień niż na noc ;) Po drugie, ma lekką, żelową konsystencję - przypomina mi pod tym kątem Clarins Daily Energizer Cream i podobnie jak tamten lepiej sprawdzi się po pierwsze latem, po drugie przy cerze młodej, której zbędne jeszcze są bogate, treściwe mazidła. Na naczynka działa bardzo miło, żel lekko chłodzi, łagodzi, nawilża. Bardzo przyjemna rzecz, którą na pewno warto wypróbować - latem albo podczas gorących wakacji (jeśli wkrótce się wybieracie).


1. Serum różane Multifazowa formuła nawilązająco-kojąca - coś, co pokochałam bezgranicznie i na co namawiam najgoręcej. Serum jest dwufazowe, zamknięte w szklanej butelce ze szklaną pipetką. Po zmieszaniu w płynie widać miliardy bąbelków i taką właśnie musującą konsystencję ma w momencie nakładania na twarz, co po pierwsze daje baaaaardzo przyjemne odczucia, a po drugie sprawia, że serum łatwiej wsmarować - jest dużo mniej "tępe" niż olejek. Druga fantastyczna cecha to wchłanianie - serum znika do zera, zatem mimo, że nawilża tak samo dogłębnie jak olejki, to jednak można śmiało nakładać je rano pod makijaż. Mi przy stosowaniu olejków na noc zdarza się rano obudzić z filmem na twarzy, co średnio przyjemne jest ;) Serum łagodzi zaczerwienienia, nawilża, zmiękcza, odżywia... Robi WSZYSTKO. Uwielbiam.

Jedynym produktem z gamy, który cały czas czeka na swoją kolej jest Olejek różany do twarzy - obecnie jestem w trakcie zużywania olejku Magic Rose od Evree. Ważne też, że jak można domniemać po nazwie, wszystkie kosmetyki Serii Różanej mają odpowiedni zapach, ostrzegam więc osoby, które zapachowo nie tolerują róży w swojej obecności. Słowem podsumowania: ta linia to zestaw naprawdę dobrych kosmetyków o solidnym działaniu, niezłym składzie i bardzo przystępnej cenie. Dla mnie jest znakomita, a Bielenda powoli staje się moją ulubioną Polską marką kosmetyczną :)

Wasza,
Mała Czarna

  
Czytaj dalej »

19.11.16

Projekt Starskin: Detoxing Sea Kelp Leaf Cleansing Foam

Testowanie kosmetyków Starskin trwa :) Po niezbyt zachwycających płatkach pod oczy (recenzja tutaj) musiałam dać sobie nieco więcej czasu na rzetelne wypróbowanie czyścika o wymienionej w tytule posta przydługiej nazwie, która zwraca uwagę na niby główny, a w rzeczywistości piąty na liście składnik pianki, czyli (uwaga) wielkomorszcz grzuszkonośny (ha!).

Zacznijmy jednak od początku. Czyścik zapakowany jest w saszetkę z plastikową nakrętką, co stanowi rozwiązanie praktyczne i wygodne. Wyjściowo ma konsystencję gęstego kremu z małymi, dość ostrymi drobinkami; dopiero w kontakcie z wodą wszystko zamienia się w rzeczoną piankę, a drobinki całkowicie się rozpuszczają. 

Obietnice producenta a moje odczucia:
  • Daily Detoxing - jeśli ktoś ma pomysł, jak to sprawdzić, chętnie się dowiem... Póki co, traktuję to jako modny ostatnio w branży beauty marketingowy slogan.
  • Exceptionally Cleansing - oczyszcza, to fakt, ale nie żeby jakoś wyjątkowo głęboko. W pewnym momencie stosowania pianki nałożyłam na nos plasterek oczyszczający Nivea, który wyciągnął z porów to, co zwykle; biorąc pod uwagę to doświadczenie śmiem powiątpiewać w to hasło.
  • Makeup Removing - nawet tak, tylko pod żadnym pozorem nie dopuszczajcie go do oczu! Takie ostrzeżenie widnieje na opakowaniu, tyle że w tym wypadku rzeczywiście lepiej mieć je na uwadze. Pianka szczypie jak diabeł i niestety ciężko jest nad nią zapanować kiedy znajdzie się już na twarzy.
  • Super Smoothing - tu niejako dochodzimy do sedna sprawy. Moja twarz sama z siebie niestety rzadko jest idealnie gładka i jedynie odpowiednie wsparcie kosmetyczne zapewnia mi idealny start pod rozświetlacz. Ten czyścik po prostu nie sprawdza się w tej kategorii.
  • Moisture Balancing - traktuję to jako czysty chwyt marketingowy, bo w zasadzie ani w składzie nie ma nic specjalnie nawilżającego, ani równowagi w tym zakresie nie czuć po użyciu pianki. Wyczyści, lekko ściągnie i tyle. Z racji obecności w składzie glinki zamieniłabym to hasło na coś związanego z kontrolą wydzielania sebum.
Na stronie Douglas można przeczytać, że pianka przeznaczona jest do każdego rodzaju cery; ja z uwagi na glinkę zawęziłabym krąg adresatów. Moich szczególnych naczynkowych potrzeb pianka oczywiście nie zaspokaja, natomiast jeśli chodzi  o potrzeby podstawowe, to znam inne (tańsze) produkty, które dużo lepiej spisują się w tym zakresie.
 
Tyle ode mnie. Niestety moje kolejne podejście do Starskin skończyło się tak sobie. Do wypróbowania zostały mi jeszcze dwie saszetki, ale przyznam, że zapał słabnie... 

Wasza, 

Mała Czarna
Czytaj dalej »

10.11.16

Oczy: paleta Sleek 'Goodnight Sweetheart'

Odliczanie w dół z jesiennej wishlist trwa :) Niektóre kosmetyki kupiłam, z niektórych zrezygnowałam, nad innymi wciąż dumam. Do pierwszej grupy zalicza się paletka Sleek Goodnight Sweetheart, która trafiła do mnie trzy tygodnie temu. 

Jak każda paletka cieni Sleeka, GS zawiera 12 cieni o bardzo przyzwoitej pigmentacji. W środku znajdziemy folię z nadrukowanymi nazwami cieni, w tym przypadku wywołującymi skojarzenia ze zmysłowym choć jednocześnie przytulnym jesiennym wieczorem:
  • Seduction - chłodny taupe o srebrnym błysku i srebrnych drobinkach
  • Velvet Wrap - satynowa brudna róża z drobinkami
  • Romance - matowa "dusty rose"
  • Lingerie - przepiękny, nietuzinkowy odcień bladego różowego złota o szampańskim połysku; do wypróbowaniu również jako rozświetlacz
  • Dusk - ciepły satynowy taupe
  • L.O.V. E. - sprane majtki z różowej satyny
  •  
    Górne zdjęcie: światło naturalne, zdjęcie dolne z lampą

  • By the Fireside - kolejny, ale chyba najładniejszy róż; tym razem satyna o średnim nasyceniu barwy
  • Hold Me Tonight - aż drugi (i ostatni) mat w odcieniu gorzkiej czekolady
  • Sweet Dreams - czekolada mleczna ze srebrnymi drobinkami
  • Love is in the Air - cudowna satynowa śliwka z holograficznymi drobinkami, drugi ulubieniec z tej palety
  • Snuggle - sinobrązowy cień o holograficznym zielonkawym połysku (dupe osławionego MAC Club i C'mon Chameleon od Catrice)
  • Sleeping Beauty - chłodna szara satyna ze srebrnymi drobinkami

Górne zdjęcie: światło naturalne, zdjęcie dolne z lampą
W tym momencie zapytam, czy nie uderza Was myśl, że prawie wszystko w tej palecie świeci i błyszczy? Mnie przyszło to do głowy dopiero kiedy postanowiłam wykonać nią pierwszy makijaż, który rozpoczęłam od... wyciągnięcia z szuflady matowego, waniliowego cienia z Sephory. Mimo kilku prób nie jestem w stanie stworzyć kompleksowego dziennego makijażu oka bazując tylko i wyłącznie na GS. Podobnie odebrałam zresztą najnowszą paletę Anastasia Beverly Hills, Master Palette by Mario - błysk i blask na wysoki połysk. Z mojego punktu widzenia obie te palety są doskonałym uzupełnieniem mojego zbioru cieni o jesienne akcenty w odcieniach borda, zieleni, granatu (to już o bardziej palecie by Mario), natomiast nie jest to coś, co wrzuciłabym do torby na weekendowy wyjazd licząc, że załatwię tym różne makijaże na kilka okazji. Tym samym nie żałuję 30-paru zł wydanych na GS i jednocześnie cieszę się, że nie wydałam równowartości 200+ zł na paletę ABH - ja po każdą sięgałabym z doskoku, a skoro tak, to... po co przepłacać?

W kwestii formalnej: trwałość cieni w GS nie odbiega od Sleekowej normy - jest dobrze, a na bazie jeszcze lepiej. Cienie są miękkie i w większości łatwe w obsłudze, jedynie maty wymagają nieco więcej skupienia - nakładane zbyt ciężką ręką potrafią plamić. Wspomniane wszechobecne niemal drobinki są naprawdę drobne, nie osypują się i nie wędrują po całej twarzy w ciągu dnia. Dobór kolorów oceniam raczej pozytywnie, choć nie jestem pewna, czy trzy błyszczące odcienie różu i trzy odmiany taupe to nie jest lekka przesada. Z drugiej strony, kolory świetnie się ze sobą komponują; bardzo lubię trick z grupowaniem cieni czwórkami, co w 12-elementowej GS wygląda następująco:


Podsumowując, jeśli tak jak mi brakuje Wam w kolorówkowym zbiorze bordowo-różanych, jesiennych cieni do oczu, zdecydowanie zachęcam do zakupu GS - stosunkowo niewielkim kosztem uzupełnicie makijaż o całkiem porządne jakościowo cienie.


Paleta wchodzi w skład limitowanej kolekcji, więc kto pierwszy ten lepszy!

Wasza, 

Mała Czarna
Czytaj dalej »

22.10.16

Włosy: Aesop, Calming Shampoo



Jedną z rzeczy, które odbiły się na moim wyglądzie i samopoczuciu po przyjeździe do UAE była (i niestety jest nadal) mocno chlorowana woda w kranie. Wagę zjawiska poczułam już po pierwszym umyciu głowy, kiedy to nagle wróciło do mnie ze zdwojoną mocą wspomnienie walki z przywleczoną przez Potomków z przedszkola wszawicą... Swędzenie głowy, mimo że nie brzmi specjalnie poważnie, jest diabelnie uciążliwe i denerwujące. Pierwszym specyfikiem, który pomógł mi doraźnie był - uwaga - aloesowy spray "po opalaniu", który zaczęłam wmasowywać w skórę głowy w najbardziej newralgicznych miejscach. Nie zmienia to jednak faktu, że zaczęłam zwyczajnie bać się myć włosy, ponieważ za każdym razem swędzenie uporczywie wracało do statusu quo. W porywie rozpaczy postanowiłam znaleźć deskę ratunkową w postaci odpowiedniego szamponu, a pierwszym, który zamówiłam był właśnie szampon marki Aesop.

Ponieważ jest to drugi recenzowany przeze mnie produkt Aesop, pozwolę sobie zauważyć pewną prawidłowość. Oto szampon "pachnie" równie intensywnie co opisany przeze mnie ostatnio krem do ust. Z ulgą zawiadamiam, że potężna ziołowa/geraniolowa woń nie zostaje na włosach dłużej niż do ostatniego spłukania włosów (jakkolwiek zaznaczam, że myję głowę metodą OMO i u mnie szampon trafia tylko skórę głowy). Jestem jednak w stanie przecierpieć te parę chwil olfaktorycznego upojenia, okazało się bowiem, że szampon Aesop rozwiązał mój problem od pierwszego użycia i nie ma co rozwodzić się dłużej nad tym tematem. Jeśli więc trafiłaś na mój post poszukując odpowiedzia na pytanie, "czy to działa", uprzejmie zawiadamiam, że tak i że w związku z tym warto wydać na niego takie pieniądze jakie wydać trzeba. Gorzej, że dwa tak udane trafienia na dwie próby zapoznania się z ofertą Aesopa spowodowały, że zdecydowanie mam ochotę na pogłębienie znajomości z tą marką :)

Wasza,

Mała Czarna

Ps. Skład:


Czytaj dalej »

7.10.16

Usta: Aesop, Rosehip Seed Lip Cream

Rosehip Seed Lip Cream to coś, co obiło mi się kiedyś o uszy, i co wpadło do koszyka kiedy zamawiałam Aesopowy szampon. Szczerze mówiąc, ostatnimi czasy dość często zdarza mi się, że coś, co trafia do mnie zupełnie przypadkiem okazuje się strzałem w dziesiątkę jeśli chodzi o problem, na którego rozwiązanie straciłam już dawno nadzieję. 

Czytaj dalej »

27.9.16

Projekt Starskin: maseczka pod oczy Eye Catcher


Wczoraj wieczorem popełniłam największy błąd, jaki może popełnić matka wstająca w dni powszednie o 6 rano by wyprawić dzieci do szkoły - zasiedziałam się do późna czytając (nota bene, świetny) ostatni numer Wysokich Obcasów Extra...
Czytaj dalej »

23.9.16

#Czarnyprotest

Miałam w planach podać Wam dzisiaj przepis na fenomenalne placki. Jednak przepisu nie będzie. Będzie o czymś o wiele ważniejszym.

Czytaj dalej »

20.9.16

Ciekawe nowości kosmetyczne: Starskin, Diptyque, ABH...




Koniec roku zbliża się wielkimi krokami - może jeszcze nie zostaliśmy zalani dekoracjami w klimacie Bożego Narodzenia (co jak sądzę nastąpi zaraz po Halloween - swoją drogą jestem ogromnie ciekawa jak to będzie spędzać okres przedświąteczny w kraju bądź co bądź muzułmańskim).

Czytaj dalej »

15.9.16

Naczynka: Tołpa Rosacal, Peter Thomas Roth i inni


Teoretycznie, im człowiek starszy tym mniej rzeczy jest w stanie go zaskoczyć. A mimo to moja własna cera spłatała mi takiego figla, że dopiero po kilku miesiącach od nastania drastycznej zmiany jej potrzeb pielęgnacyjnych zorientowałam się, że coś jest nie tak.



Czytaj dalej »

11.9.16

Nowy rozdział - życie w UAE

Długo myślałam, co napisać w ramach powitania po długiej przerwie. Ostatecznie, postanowiłam po prostu pokazać Wam, jak tu pięknie (choć to tylko kilka przykładów):

Czytaj dalej »

12.5.16

Obiecanki-cacanki*: paleta róży Gwen Stefani x Urban Decay

Powiedzmy, że popełnić błąd może każdy, nawet powtórkę można jakoś usprawiedliwić, ale pakować się w coś, o czym wiemy, że najprawdopodobniej nie zadziała po raz trzeci - nawet nie wiem, co w tym miejscu napisać, uprzejmie proszę więc dopowiedzieć sobie samodzielnie.


Czytaj dalej »

3.5.16

Treść bez formy: "Młoda bez skalpela"

Nie wiem, czy zwróciłyście uwagę ale mamy ostatnio wyjątkowy urodzaj na poradniki. Najnowszym chyba hitem z tej kategorii była pozycja opsująca koreańskie sekrety urody, które póki co pozostają dla mnie tajemnicą, ponieważ nie minął mi jeszcze uraz do poradnikowej literatury o azjatyckim rodowodzie spowodowany lekturą słynnej (osławionej?) "Magii Sprzątania". Tymczasem do recenzji otrzymałam książkę dr Nigmy Talib o wyżej wspomnianym tytule. Jeśli kiedykolwiek będziecie zastanawiały się nad jej kupnem, za chwilę powiem Wam, czy jest to dobry pomysł. 

 

Czytaj dalej »

27.4.16

Pojedynek Dam: Mary-Lou Manizer vs. Diorskin Nude Air Glowing Gardens

Emocje, które wybuchły gdy na drogeryjne półki trafił rozświetlacz z ostatniej wiosennej linii Diora zdążyły już opaść. Nic zresztą dziwnego, bo puder wyprzedał się na pniu i nie wiem, czy jest jeszcze jakakolwiek możliwość, żeby kupić oryginał (!) w normalnej (czytaj: sklepowej) cenie. Czy jednak rzeczywiście jest czego żałować?
 

Czytaj dalej »

25.4.16

Zmiany, zmiany

Żyję! Choć ledwo, a w sieci niemal wcale. Ostatnimi czasy mój blog zamarł - nie pierwszy to raz, być może nie ostatni. Minione dwa miesiące naprawdę dały mi nieźle w kość. Nie mogę powiedzieć po prostu, że miałam dużo pracy. ŻYŁAM pracą z przerwami na sen, a czasem nawet i bez - dzięki czemu wiem, ile mogę lecieć bez pauzy - 30 godzin. Jeśli z doświadczenia wiecie, że dacie radę dłużej, to szczerze współczuję, bo doświadczenie to nie było ani rozsądne, ani zdrowe, ale na szczęście dało również wymierne rezultaty in plus. W ramach rekonwalescencji po tym okresie totalnego amoku poczyniłam pewne przemyślenia, ukoiłam nerwy i zmysły, a na koniec pojechałam na Meet Beauty Conference i, no cóż, znów mi się zachciało :) Pisać, rzecz jasna. A ponieważ jak zaczynać od nowa, to pod pełnymi żaglami, na start zdradzę Wam, co czeka mnie w najbliższym czasie... 


Czytaj dalej »

21.2.16

Nowe: pudry, gadżety i mocne usta

W tym miesiącu mocno zaszalałam jeśli chodzi o zakupy kosmetyczne. Na swoje usprawiedliwienie dodam tylko, nic nie zostało kupione przypadkiem, a wszystko wynikło z tego, że diametralnie zmieniły się moje preferencje makijażowe (starość nie radość, i w dodatku sieje spustoszenie w portfelu) - przechodzę na stronę rozświetlania twarzy i mocnych ust.  Dodałam do tego różne wiosenne/walentynkowe/jakiekolwiek inne  promocje i złożyłam broń, stając się tym samym się bogatsza o następujące zabawki:

1. Paleta róży Gwen Stefani x Urban Decay
 

Dumałam nad Gwen i serduszkową paletką róży z TooFaced, jednak ostatecznie opinie zewnętrzne i własne doświadczenia z różem Sweetheart's... przechyliły szalę na korzyść tej pierwszej, choć cena odstraszała. Niespodziewanie kod zniżkowy do sklepu Urban Decay (czyli ostatniego, gdzie byłam w stanie zamówić paletkę) znalazłam na... Instagramie. I lawina ruszyła. Paletę odebrałam w piątek i na razie jeszcze jej nie dotknęłam, ale na razie jest dobrze - bałam się, że bronzery będą zbyt pomarańczowe, na żywo jednak wyglądają ok.


2. Diorskin Nude Air Glowing Gardens, kol 002 Glowing Nude

Wyczytany z blogów, a jakże. Zniknął z drogeryjnych półek tak szybko, że na niektórych chyba się nawet nie pojawił ;) Ja dopadłam tester podczas krótkiej wycieczki do Hamburga i tam to cudo nabyłam. Ma cudowną konsystencję i niesamowity kolor - zresztą do gustu przypadły mi oba, i miałam niemały dylemat, na który się zdecydować; ostatecznie padło na bardziej złoty Glowing Nude.

3. Foreo Luna Mini (w komplecie z miniaturkami produktów Foreo do mycia twarzy)

Wydawało mi się, że z biegiem lat moje wymagania co do produktów pielegnacyjnych rosną, ale w tym roku jak na razie trafiam na samych "błyskawicznych" ulubieńców. Nie inaczej jest z Foreo Luna - znamy się nieco ponad tydzień (choć na liście zakupów wisiała od dawna), ale już ją uwielbiam. Miniaturki preparatów do twarzy były miłym gratisem do zakupu, ale widoczny na zdjęciu żel na noc uważam za wyjątkowo udany i niewykluczone, że zaopatrzę się w pełnowymiarową flaszkę.  

4. Essence Longlasting Lipstick, kol. 02 All You Need Is Red (z fejsczartem!)


Wbrew temu, co pokazałam wyżej, rzadko sięgam po kolorówkę z tak wysokiej półki jak Dior; jeśli coś jest dobre na poziomie Essence w zupełności mi wystarcza. Szminkę kupiłam przypadkiem, w celu nakładania jej pod oczy (jeśli nie słyszałyście o tym triku, gorąco polecam film Red Lipstick Monster), po czym uznałam, że skoro już jest to czemu nie nałożyć jej jak producent przykazał? Nosiłam trzy bite dni z rzędu i z ręką na sercu - to najlepsza kryjąca pomadka, jaką widziały moje usta. Zdecydowanie zamierzam wzbogacić się o inne kolory. A rysunek to wynik znużenia projektem w robocie :)

5. Coś ekstra...

...przynajmniej w założeniu. Udało mi się złowić zestaw miniaturek mocno ostatnio promowanych maseczek marki Peter Thomas Roth, w którym znajdziemy maskę dyniową, ogórkową i różaną. Na dzień dzisiejszy jestem po aplikacji dyni i szczerze mówiąc, czuję się lekko zawiedziona... Ale o tym wkrótce ;)

Kosmetycznie czuję się prawie spełniona - mam jeszcze tylko zaplanowane maleńkie zakupy pędzlowe... :D

Wasza,
Mała Czarna


Czytaj dalej »

11.2.16

Wrażenia: paleta Too Faced Natural Matte

Za każdym razem, gdy trafia do nas w końcu kosmetyczna marka, do której do tej pory mogłyśmy jedynie wzdychać podziwiając zdjęcia w internetach zaczyna się szał. Nie inaczej było kilka miesięcy temu po pojawieniu się w Sephorze amerykańskiego Too Faced. Nie będę ukrywać, że też miałam ochotę na jakiś zakup, jednak zdrowy rozsądek kazał mi zastanowić się, czy potrzebuję kolejnej megapalety nudziastych cieni do powiek, nawet jeśli miałyby one pachnieć czekoladą (nie!), czy może nie znajdzie się jednak w ofercie marki coś, co wypełni rzeczywistą lukę w moich makijażowych zbiorach (niech żyje zdrowy rozsądek!). Po namyśle doszłam do wniosku, że są to... nudziaste cienie (no cóż...) ale o matowym wykończeniu (potrzeba matką wynalazku).

Kupiłam więc minipaletkę Natural Matte, która nie pachnie niczym szczególnym, ale za to:

1. Ma śliczne opakowanie - w kolorze taupe, "obleczone" brązową koronką z kwiatowym motywem... czy trzeba mówić więcej?

2. Ma praktyczne opakowanie - kasetka jest metalowa, zamyka się z cichym kliknięciem na magnes. Na moje oko jest bardzo wytrzymała, co zawsze liczy się na plus.


3. Jest nieduża - a więc idealna do zabrania w podróż; gdybym miała zwyczaj poprawiania makijażu przebywając w ciągu dnia poza domem, na pewno zmieściłaby się też do mojej podręcznej kosmetyczki.

4. Ma świetnie dobraną zawartość - dawno już nauczyłam się kupować tylko takie palety, z których rzeczywiście mogę skorzystać w 100% i Natural Matte całkowicie się do takich zalicza. Drugi ogromny plus to mnogość kombinacji - prawie wszystkie cienie idealnie się ze sobą komponują (kolory obejrzycie dokładnie klikają na poniższe zdjęcie). Idąc po najmniejszej linii oporu, makijaż można komponować wersami, ja kombinowałam w różnych kierunkach i tylko raz wyszło mi coś dziwnego. Jest to dla mnie duży plus, bo nie mam zwykle czasu rano się za bardzo zastanawiać nad kompozycjami kolorystycznymi, a problem łączenia dopada mnie np. nad Naked 3, przy której często posiłkuję się cieniami spoza samej palety, co wcale mnie nie cieszy. Kolejny plus to fakt, że cienie bazowe mają większą gramaturę, niż te do samej powieki, chociaż dla mnie zdenkować nawet te mniejsze to nie lada wyzwanie.

Od góry: Sexpresso, Cashmere Bunny, Heaven / Risque, Strapless, Lace Teddy / Chocolate Cookie, Honey Butter, Nudie

5. Cienie są naprawdę dobrej jakości - będąc w posiadaniu tej palety i trzech podstawowych pędzli do oczu jestem w stanie szybko i sprawnie umalować oczy. Ładnie dają się rozprowadzić na powiece, są trwałe i nie zbierają się w załamaniach (poza Strapless; nie wiem, czy to z powodu nazwy, ale ten jeden "opada" z moich powiek i obowiązkowo wymaga bazy).

Do palety dołączony jest również diagram z trzema propozycjami makijażu - fajna propozycja, szczególnie dla początkujących w temacie makijażu oczu.

Sądząc po opiniach w Internecie, tę paletkę przysłowiowo albo się kocha albo nienawidzi.  Ja Natural Matte mam od 1,5 miesiąca i zaliczam ten zakup do bardzo udanych i korzystam z niej prawie codziennie. Z gamy produktów Too Faced mam u siebie jeszcze słynny serduszkowy róż Sweetheart's Perfect Flush Blush w kolorze Candy Glow, o którym za jakiś czas; tymczasem zastanawiam się nad jeszcze jednym zakupem, kusi mnie również paleta róży Gwen Stefani x Urban Decay. Wygląda na to, że w tym roku nieuleczalnie zapadłam na róże i rozświetlacze :)

Wasza,
Mała Czarna

Czytaj dalej »

8.2.16

Nowości: kolekcja Yankee Candle Q1 2016

Zima ma dla mnie sens tylko do świąt Bożego Narodzenia, kiedy miną bardzo niecierpliwie czekam na symptomy wiosny. Szczęśliwie dla mnie, już w grudniu w sklepach pojawia się wiosenna kolekcja zapachów Yankee Candle. Nieszczęśliwie - od kiedy interesuję się tematem świec zapachowych, zazwyczaj bardziej przemawiają do mnie te zapachowe kolekcje z drugiego półrocza.

W tym roku pod koniec grudnia pojawiły się: My serenity (i tak nazywa się cała kolekcja), Peony, Moonlight oraz Lemongrass & ginger.  I z tego całego zestawu tylko ten ostatni wydaje się nieco ciekawszy niż reszta, które określiłabym zbiorczą nazwą mydełek. 


Czytaj dalej »

25.1.16

Ulubieńcy: różany tonik do twarzy Evree

Moje pierwsze noworoczne odkrycie pielęgnacyjne!


Czytaj dalej »

7.1.16

Poradnik świecomaniaka: gdy świeca nie pachnie


Co zrobić, gdy trafiła Ci się świeca o pięknym, lecz mało intensywnym zapachu?
Czytaj dalej »
 
Copyrights 2016 Late Afternoon Coffe