30.11.15

O trzech książkach, na które szkoda pieniędzy



Wszystkie trzy mogę bowiem streścić w jednym zdaniu:  "Wyrzuć to, czego ne potrzebujesz, a osiągniesz duchową nirwanę".

1. "Sztuka minimalizmu w codziennym życiu", Dominique Loreau

Umówmy się, że minimalizm jest obecnie po prostu modny - musiał w końcu nastąpić przesyt przesytem - a książka Dominique Loreau to w zasadzie minimalistyczna biblia. Motto przewodnie jak wyżej. Ładne wydanie. Peany w różnorodnych social mediach. No to czytam.

Mój podziw dla autorki wykiełkował w okolicach drugiego rozdziału książki i rósł z każdą stroną, przez którą udało mi się przebrnąć. Szczyt szczytów osiągnął, kiedy odkryłam, że autorka popełniła w sumie sześć pokrewnych pozycji. Pozostałych pięciu nie znam (i zapewne już nie poznam), z pewną nieśmiałością zakładam jednak, że one wszystkie na tych kilkudziesięciu stronach obracają w kółko jednym wspomnianym przeze mnie na początku postu sloganem. Obraca nim też "biblia" i z tego jedynego powodu nie można powiedzieć, że jest to książka o niczym. Minimalizm jest tu przeanalizowany na wszystkie strony i sposoby, co pewnie świadczy o rzetelności autorki i jej prawdziwym zaangażowaniu w sprawę. Z punktu widzenia czytelnika - dużo pseudofilozoficznej nudy, która i tak prowadzi do jednej praktycznej konkluzji (jak wyżej).

2. "Slowfashion", Joanna Glogaza

Czyli sztuka minimalizmu w wersji szafiarskiej. W sumie to do tej książki mam najwięcej sympatii, bo jednak czyta się ją miło i brak jest kolosalnych głupot w samej treści (o czym w punkcie poniżej), ale i tak nie mogę powiedzieć, żeby Joanna wzbogaciła moją wiedzę na temat czegokolwiek poza rodzajami tkanin, no ale w sumie to i o tym to już sto razy wszędzie było. Po części brak wartości dodanej spowodowany jest pewnie tym, że ja własny styl odnalazłam już jakiś czas temu i nie rozdzieram szat (nomen omen) w obliczu konieczności skompletowania stroju na dany dzień (rozpacz wywołana brakiem koncepcji na outfit to z kolei inne zadziwiające dla mnie założenie, które przyjęły niektóre blogerki-autorki poradników modowych). Jednak i tutaj początkiem wszechrzeczy i połową (a może i większą porcją) sukcesu jest pozbycie się ubrań, które nie są nam potrzebne. Tylko czy naprawdę ktoś musi nam je wręcz (wksiąż?) pokazywać palcem?

3. "Magia sprzątania" Marie Kondo

Tę książkę pożyczyłam od mamy, więc szczęśliwie sama nie wydałam na nią ani grosza. Z góry uprzedzam, że o sprzątaniu jako takim mowy jest mało - jedyna rada praktyczna, której sens w ogóle warto rozważyć, to zwijanie skarpetek i rajstop zamiast robienie z nich związanych na supeł bulw. Jednak argumentu, że zwinięte skarpetki odpoczywają, ponieważ całe dnie spędzają cierpiąc okrutne męki wciśnięte między stopę a but nie byłam w stanie już wziąć na serio. Podobnie jak rady, by nie dzielić ubrań według sezonowego klucza i nie chować tych nieużywanych o danej porze roku. Mimo, że od roku jestem szczęśliwą posiadaczką garderoby i nie cierpię na brak miejsca do przechowywania ubrań, w dalszym ciągu sezonowo przekładam ciuchy - zajmuje mi to maksymalnie dwa popołudnia (i mówię tu o "obsłużeniu" szaf dwójki dorosłych i dwójki dzieci) i jest to świetna okazja do przejrzenia ubrań pod kątem uszkodzeń czy uzupełnienia garderoby. Na szczęście sens tej książki tkwi zupełnie w czymś innym. Jeśli zależy Wam na prawdziwych poradach dotyczących prowadzenia domu - nie tędy droga. Kluczem do sukcesu wg. Konmari jest po prostu pozbycie się wszystkiego, czego tak naprawdę nie potrzebujemy. Tyle to wiedziałam już wcześniej, chociażby po lekturze "Sztuki minimalizmu"

Abstrahując od samych porad - początek książki doprowadził mnie do konkluzji, że we wczesnej młodości autorka ani chybi cierpiała na nerwicę natręctw, skoro w wieku kilkunastu lat codziennie sprzątała swój pokój i rozpaczała nie widząc żadnych efektów tej pracy. Może to wynika ze sporego bądź co bądź dystansu kulturowego, jednak ja w tym wieku miałam o wiele ciekawsze pomysły na spędzanie czasu po szkole niż wieczne układanie w szafkach. Nie byłabym sobą, gdybym nie wspomniała o ostatniej sprawie, która ostatecznie zniechęciła mnie do autorki. Otóż Marie zadeklarowała w pewnym momencie, że jest osobą kochającą książki. Ok, ja też. I dlatego gdy dwie strony później przeczytałam, że w pewnym momencie wpadła na pomysł wyrywania z książek kartek, na których podkreślała ciekawe/ważne dla niej cytaty, dosłownie zmroziło mi krew w żyłach. Niestety, dla mnie miłość do książek nie jest kompatybilna z okaleczaniem ich w ten sposób. W mojej ocenie dużo większą miłością autorka darzy jednak wspomnianej wyżej skarpetki. 

Po lekturze powyższych pozycji, stwierdzam że, minimalizm w wydaniu papierowym zdecydowanie mi się przejadł. Mniej znaczy więcej. Ok, załapałam. Z pewnością dotyczy to również kupowania kolejnych książek dokładnie o tym samym. Jeśli przeczytaliście jedną, przeczytaliście wszystkie.

Na koniec zaznaczę, że fakt, iż nie przypadło mi do gustu namiętne kontemplowanie minimalizmu we wszystkich jego odsłonach nie oznacza, że go neguję; wręcz przeciwnie, uważam, że jest bardzo zdrowy - w rozsądnych, minimalistycznych ilościach.

4 komentarze:

  1. Nie przepadam za poradnikami. Sama mogłabym takich sto napisać, ale po co, jak już są :)? Buziak na miły dzień :*

    OdpowiedzUsuń
  2. Czytałam każdą z tych książek i póki co ten temat jeszcze mi się nie przejadł i podobały mi się ;).

    OdpowiedzUsuń
  3. próbowałam przeczytać Slowfashion", Joanna Glogaza ale nie dałam rady po dwóch rodziałach odpadłam XD

    OdpowiedzUsuń
  4. kurczę, a ja je wszystkie chciałam kupić:P

    OdpowiedzUsuń

Nie obrażaj, nie spamuj. Wszystkie inne chwyty dozwolone.
Na pytania w komentarzach odpowiadam najpóźniej w dniu publikacji kolejnego posta.

 
Copyrights 2016 Late Afternoon Coffe