26.9.15

Czytam: "Obca" Diany Gabaldon



 Obniosę się dziś z faktem, że chodzę do biblioteki ;)

Czytaj dalej »

22.9.15

Nowe w kosmetyczce: Maybelline, Rimmel, Eveline, Essence, Bielenda, Sylveco


Dziś opowiem Wam o kilku stosunkowo niedawno odkrytych (aczkolwiek dobrze już przetestowanych) drogeryjnych nowościach w mojej kosmetyczce. Poza jednym wyjątkiem nie znałam ich wcześniej z blogów kosmetycznych, więc jest szansa, że zaprezentuję coś oryginalnego, po co zdecydowanie warto sięgnąć.


 1. Róż w kremie Maybelline Dream Touch Blush - wyczytany na blogu Juicy Beige (pozdrawiam!) Bardzo delikatny, obawiałam się nawet, że na mojej buzi stanie się po prostu niewidzialny. Do tego nigdy wcześniej nie używałam róży w kremie. Porażka wydawała się nieunikniona, ale po kilku użyciach okazało się, że stał się moim ulubieńcem. Fakt, że jest subtelny obecnie zaliczam do plusów. Trwałość niezła. Gorzej z wydobyciem ze słoiczka, zaczynam martwić się coraz bardziej wraz z postępującym ubytkiem różu. Cena: ok. 40 zł, więc tani staje się dopiero kupiony w czasie rossmanowej promocji, warto wtedy za niego zapolować.


 2. Róż w kremie Rimmel Stay Blushed! - mizianie uróżowionymi palcami spodobało mi się tak bardzo, że do słoiczka z Maybelline szybko dołączyła tubka z rimmelowego stojaka. W obliczu wskazanych problemów ze słoiczkiem, gotowa byłam pokochać za samą tubkę. Sam róż ma płynną konsystencję, ale nie jest trudny w aplikacji. Kolor wbrew pozorom również nie jest jakimś specjalnym mocarzem, podobnie jak DTB daje ładny, naturalny efekt. Nie pamiętam dokładnie ceny, Internety podają, że 18 zł / tubkę.

3. Maskara Eveline Volumix Fiberlast - ultrawydłużająca i podkręcająca. Ta srebrna, nie mylić ze złotą. Trafiła do mnie przez zupełny przypadek - zapomniałam gdzieś zabrać ze sobą maskary i musiałam ratować się czymś, co było dostępne w Auchan. Efekt jest taki, że na zdjęciu uwieczniłam moje drugie opakowanie maskary. Jakkolwiek nie podzielam zachwytów nad osławionym "żółtym" tuszem Lovely, nie uważam również, że za dobrą maskarę trzeba płacić ponad 100 złotych (cały czas pamiętam moją przygodę z helenkowym tuszem w cętki...). Ta maskara robi co ma robić, cały dzień tkwi na rzęsach i nie osypuje się czarną sadzą na moje podoczne worki. Wiem, że na topie jest teraz Lash Sensational, ale i tak gorąco zachęcam do wypróbowania Ewelinki, za skromną cenę ok. 16 zł.


4. Puder w kompakcie Essence all about matt! - białasek, a jednak efektu oprószenia mąką brak :) Jest drobniutko zmielony, ładnie i trwale matuje oraz zmiękcza rysy twarzy. Wydany jak diabeł, a cena to coś koło ok. 15 zł.


5. Olejek Bielenda Argan Face Oil, wersja + sebu control complex- kupiony na fali olejkowego szaleństwa sprzed kilkunastu tygodni. Na początek plus za higieniczną pipetkę i przyjemny cytrusowy zapach. Olejek reguluje wydzielanie sebum i redukuje niemiłe niespodzianki (jednego i drugiego jakby mniej... albo to placebo doskonałe). Zaznaczę jednak, że nie mam jakiś ogromnych problemów z cerą - ot, świecąca strefa T i parę okazjonalnych pryszczy. Wracając do olejku: jest naprawdę tłusty, więc nakładam go na noc, śpimy razem, a rano "dzieje się" magia - buzia jest miękka, nawilżona, faktycznie odżywiona. Niesiona zachwytem dokupiłam mu do towarzystwa bielendowy olejek do demakijażu, który natychmiast mnie zapchał. Niemniej olejek odżywczy polecam serdecznie. Do kupienia za jakieś 25 zł. 

6. Odżywcza pomadka z peelingiem Sylveco - absolutna bomba za dychę :) Dorzucona do koszyka z ciekawości, do słynnej już lnianej maski do włosów i peelingu ze skrzypem polnym. Pomadka pachnie nieco dziwacznie (przypomina mi zapach... makowca), ale co z tego, skoro jest rewelacyjna! Nie umywają się do niej żadne inne znane mi ustne zdzieraczki, łącznie z tymi z Lusha. Drobinki peelingujące wbudowane w pomadkę są z jednej strony delikatne, z drugiej całkiem konkretne. Po użyciu zostawia na ustach nawilżająca, "maślana" warstewka, która znika pozostawiając usta idealnie przygotowane pod szminkę. Skład 100% naturalny. Kocham.

Znacie? Lubicie? A może chcecie dorzucić coś do listy?

M.
Czytaj dalej »

10.9.15

Poradnik świecomaniaka: Do czego służy Illuma Lid?


Albo zacznijmy od tego, co to właściwie jest :)
Czytaj dalej »

7.9.15

Denko: Balea, Eau des Alpes, The Body Shop, Yves Rocher

Jakoś tak się złożyło, że niemal równo z końcem sierpnia zużyłam do końca kilka - na moje oko i nos typowo letnich - produktów do pielęgnacji. 


1. Żel do ciała Yves Rocher z limitowanej edycji letniej Collection Ete 2015 - jak to w YR bywa, trafił mi się za złotówkę do innych zakupów. Żel jak żel, moja uwagę zwrócił jednak mocny kwiatowo-owocowy zapach, który unosił się w sypialni długo po prysznicu branym w sąsiadującej łazience. To ostatnie sprawia, że mam zamiar przyjrzeć się jeszcze żelowej ofercie YR. No co poradzę, lubię jak ładnie pachnie...

2. Masełka do ciała The Body Shop, linia Fuji Green Tea i Virgin Mojito - dwa małe masełka starczyły mi na 9 tygodni (stosowane mniej więcej co drugi dzień - jest nieźle). O ile VM to fajne, cierpkie cytrusy, zapach FGT po dłuższym czasie zacząć kojarzyć mi się z... apteką. Tak czy owak, zapachy TBS choć nierzadko bardzo apetyczne, z reguły w ogóle nie trzymają się mojej skóry. Po dwóch miesiącach mam poza tym nieco dość "masłowej" formuły - w międzyczasie znalazłam fantastyczny i rzeczywiście (!) nawilżający balsam do ciała i planuję szybko do niego wrócić (jak tylko wykończę wielką puchę TBS-owego masła o zapachu Wild Passionfruit...)

3. Mgiełki do ciała Eau des Alpes (Vervaine & Green Tea, Pear & White Flowers) - dwie flaszki (różdżki) to spuścizna po jeszcze poprzednim lecie. Kompozycje zapachowe są fantastyczne (w zasadzie podobały mi się prawie wszystkie), a co najlepsze - na skórze pachną równie długo co obłędnie. Kupowałam je w Super Pharm, obecnie nie znalazłam i nie mam pojęcia, gdzie szukać. Jeśli ktoś wie, uprzejmie proszę o cynk.

4. Balea, peeling pod prysznic, limitowana edycja Buttermilk & Lemon - suwenir przywieziony z wycieczki do Hamburga w ramach sprawdzenia o co chodzi z tym baleoszałem w sieci :) Jeśli chodzi o zapach/smak pt. cytrynowa maślanka to latem przemawia on do mnie w 100% (do dziś pamiętam taką właśnie limitowaną wersję Milki sprzed paru lat...). Sam peeling jest dość delikatny, ale 1. myje 2. ładnie pachnie 3. był tani jak barszcz więc... czego chcieć więcej?

Czas teraz skomponować jakąś bardziej solidną pielęgnację, na otulenie ciała przed chłodami jesieni...

Ps. Blog się przepoczwarza! Pragnę więc zaznaczyć, że pewne rzeczy są jeszcze niedopracowane, a pan po lewej stronie ekranu (ani pani pod postem) to nie ja ;) Nie od razu Rzym zbudowano...


Czytaj dalej »
 
Copyrights 2016 Late Afternoon Coffe