29.12.15

Ulubione do włosów

O tym, co sprawdza się na moich długich, grubych włosach, na pielęgnację których nie poświęcam zbyt wiele czasu :)


Czytaj dalej »

15.12.15

Książkowe prezenty dla dzieci + niespodzianka dla czytelników


Bo książka to najpiękniejszy prezent... prawda?
Czytaj dalej »

30.11.15

O trzech książkach, na które szkoda pieniędzy



Wszystkie trzy mogę bowiem streścić w jednym zdaniu:  "Wyrzuć to, czego ne potrzebujesz, a osiągniesz duchową nirwanę".
Czytaj dalej »

2.10.15

Dizajnera tanio kupię


Zaczął się październik, a skoro tak, to coraz bliżej do pojawienia się w H&M kolekcji będącej owocem współpracy ze znanym projektantem. Tym razem chodzi o Oliviera Rousteinga i markę Balmain.
Czytaj dalej »

26.9.15

Czytam: "Obca" Diany Gabaldon



 Obniosę się dziś z faktem, że chodzę do biblioteki ;)

Czytaj dalej »

22.9.15

Nowe w kosmetyczce: Maybelline, Rimmel, Eveline, Essence, Bielenda, Sylveco


Dziś opowiem Wam o kilku stosunkowo niedawno odkrytych (aczkolwiek dobrze już przetestowanych) drogeryjnych nowościach w mojej kosmetyczce. Poza jednym wyjątkiem nie znałam ich wcześniej z blogów kosmetycznych, więc jest szansa, że zaprezentuję coś oryginalnego, po co zdecydowanie warto sięgnąć.


 1. Róż w kremie Maybelline Dream Touch Blush - wyczytany na blogu Juicy Beige (pozdrawiam!) Bardzo delikatny, obawiałam się nawet, że na mojej buzi stanie się po prostu niewidzialny. Do tego nigdy wcześniej nie używałam róży w kremie. Porażka wydawała się nieunikniona, ale po kilku użyciach okazało się, że stał się moim ulubieńcem. Fakt, że jest subtelny obecnie zaliczam do plusów. Trwałość niezła. Gorzej z wydobyciem ze słoiczka, zaczynam martwić się coraz bardziej wraz z postępującym ubytkiem różu. Cena: ok. 40 zł, więc tani staje się dopiero kupiony w czasie rossmanowej promocji, warto wtedy za niego zapolować.


 2. Róż w kremie Rimmel Stay Blushed! - mizianie uróżowionymi palcami spodobało mi się tak bardzo, że do słoiczka z Maybelline szybko dołączyła tubka z rimmelowego stojaka. W obliczu wskazanych problemów ze słoiczkiem, gotowa byłam pokochać za samą tubkę. Sam róż ma płynną konsystencję, ale nie jest trudny w aplikacji. Kolor wbrew pozorom również nie jest jakimś specjalnym mocarzem, podobnie jak DTB daje ładny, naturalny efekt. Nie pamiętam dokładnie ceny, Internety podają, że 18 zł / tubkę.

3. Maskara Eveline Volumix Fiberlast - ultrawydłużająca i podkręcająca. Ta srebrna, nie mylić ze złotą. Trafiła do mnie przez zupełny przypadek - zapomniałam gdzieś zabrać ze sobą maskary i musiałam ratować się czymś, co było dostępne w Auchan. Efekt jest taki, że na zdjęciu uwieczniłam moje drugie opakowanie maskary. Jakkolwiek nie podzielam zachwytów nad osławionym "żółtym" tuszem Lovely, nie uważam również, że za dobrą maskarę trzeba płacić ponad 100 złotych (cały czas pamiętam moją przygodę z helenkowym tuszem w cętki...). Ta maskara robi co ma robić, cały dzień tkwi na rzęsach i nie osypuje się czarną sadzą na moje podoczne worki. Wiem, że na topie jest teraz Lash Sensational, ale i tak gorąco zachęcam do wypróbowania Ewelinki, za skromną cenę ok. 16 zł.


4. Puder w kompakcie Essence all about matt! - białasek, a jednak efektu oprószenia mąką brak :) Jest drobniutko zmielony, ładnie i trwale matuje oraz zmiękcza rysy twarzy. Wydany jak diabeł, a cena to coś koło ok. 15 zł.


5. Olejek Bielenda Argan Face Oil, wersja + sebu control complex- kupiony na fali olejkowego szaleństwa sprzed kilkunastu tygodni. Na początek plus za higieniczną pipetkę i przyjemny cytrusowy zapach. Olejek reguluje wydzielanie sebum i redukuje niemiłe niespodzianki (jednego i drugiego jakby mniej... albo to placebo doskonałe). Zaznaczę jednak, że nie mam jakiś ogromnych problemów z cerą - ot, świecąca strefa T i parę okazjonalnych pryszczy. Wracając do olejku: jest naprawdę tłusty, więc nakładam go na noc, śpimy razem, a rano "dzieje się" magia - buzia jest miękka, nawilżona, faktycznie odżywiona. Niesiona zachwytem dokupiłam mu do towarzystwa bielendowy olejek do demakijażu, który natychmiast mnie zapchał. Niemniej olejek odżywczy polecam serdecznie. Do kupienia za jakieś 25 zł. 

6. Odżywcza pomadka z peelingiem Sylveco - absolutna bomba za dychę :) Dorzucona do koszyka z ciekawości, do słynnej już lnianej maski do włosów i peelingu ze skrzypem polnym. Pomadka pachnie nieco dziwacznie (przypomina mi zapach... makowca), ale co z tego, skoro jest rewelacyjna! Nie umywają się do niej żadne inne znane mi ustne zdzieraczki, łącznie z tymi z Lusha. Drobinki peelingujące wbudowane w pomadkę są z jednej strony delikatne, z drugiej całkiem konkretne. Po użyciu zostawia na ustach nawilżająca, "maślana" warstewka, która znika pozostawiając usta idealnie przygotowane pod szminkę. Skład 100% naturalny. Kocham.

Znacie? Lubicie? A może chcecie dorzucić coś do listy?

M.
Czytaj dalej »

10.9.15

Poradnik świecomaniaka: Do czego służy Illuma Lid?


Albo zacznijmy od tego, co to właściwie jest :)
Czytaj dalej »

7.9.15

Denko: Balea, Eau des Alpes, The Body Shop, Yves Rocher

Jakoś tak się złożyło, że niemal równo z końcem sierpnia zużyłam do końca kilka - na moje oko i nos typowo letnich - produktów do pielęgnacji. 


1. Żel do ciała Yves Rocher z limitowanej edycji letniej Collection Ete 2015 - jak to w YR bywa, trafił mi się za złotówkę do innych zakupów. Żel jak żel, moja uwagę zwrócił jednak mocny kwiatowo-owocowy zapach, który unosił się w sypialni długo po prysznicu branym w sąsiadującej łazience. To ostatnie sprawia, że mam zamiar przyjrzeć się jeszcze żelowej ofercie YR. No co poradzę, lubię jak ładnie pachnie...

2. Masełka do ciała The Body Shop, linia Fuji Green Tea i Virgin Mojito - dwa małe masełka starczyły mi na 9 tygodni (stosowane mniej więcej co drugi dzień - jest nieźle). O ile VM to fajne, cierpkie cytrusy, zapach FGT po dłuższym czasie zacząć kojarzyć mi się z... apteką. Tak czy owak, zapachy TBS choć nierzadko bardzo apetyczne, z reguły w ogóle nie trzymają się mojej skóry. Po dwóch miesiącach mam poza tym nieco dość "masłowej" formuły - w międzyczasie znalazłam fantastyczny i rzeczywiście (!) nawilżający balsam do ciała i planuję szybko do niego wrócić (jak tylko wykończę wielką puchę TBS-owego masła o zapachu Wild Passionfruit...)

3. Mgiełki do ciała Eau des Alpes (Vervaine & Green Tea, Pear & White Flowers) - dwie flaszki (różdżki) to spuścizna po jeszcze poprzednim lecie. Kompozycje zapachowe są fantastyczne (w zasadzie podobały mi się prawie wszystkie), a co najlepsze - na skórze pachną równie długo co obłędnie. Kupowałam je w Super Pharm, obecnie nie znalazłam i nie mam pojęcia, gdzie szukać. Jeśli ktoś wie, uprzejmie proszę o cynk.

4. Balea, peeling pod prysznic, limitowana edycja Buttermilk & Lemon - suwenir przywieziony z wycieczki do Hamburga w ramach sprawdzenia o co chodzi z tym baleoszałem w sieci :) Jeśli chodzi o zapach/smak pt. cytrynowa maślanka to latem przemawia on do mnie w 100% (do dziś pamiętam taką właśnie limitowaną wersję Milki sprzed paru lat...). Sam peeling jest dość delikatny, ale 1. myje 2. ładnie pachnie 3. był tani jak barszcz więc... czego chcieć więcej?

Czas teraz skomponować jakąś bardziej solidną pielęgnację, na otulenie ciała przed chłodami jesieni...

Ps. Blog się przepoczwarza! Pragnę więc zaznaczyć, że pewne rzeczy są jeszcze niedopracowane, a pan po lewej stronie ekranu (ani pani pod postem) to nie ja ;) Nie od razu Rzym zbudowano...


Czytaj dalej »

27.8.15

Wyniki rozdania

Zestaw Balea + Rita Ora x Rimmel London powędruje do:

karolinarzepka1522@wp.pl

Dziękuję za wszystkie zgłoszenia:) 

M.
Czytaj dalej »

12.8.15

Drożej/taniej: krótka ramoneska

Czyli jak upolowałam kurtkę idealną!


Tej jesieni do mojej szafy z założenia miały trafić jeansy, botki i skórzana kurtka. Jeśli chodzi o to ostatnie, to nie wiem czemu, ale zawsze kiedy wymyślę sobie jakieś okrycie wierzchnie, mija kilka sezonów zanim udaje mi się namierzyć perfekcyjny egzemplarz w sklepie. Tak samo było i tym razem - zmuszona potrzebą (moja skórzana kurtka ma już coś koło 7 lat...) oraz zainspirowana stylizacjami Alexy (klik, klik, klik) ustawiłam radar, który niedawno wychwycił model z Zary:


Rajd po sklepach (#metime, wo-ho!) odbył się wczoraj. Kurtka z Zary została zmierzona, oceniona jako sympatyczna aczkolwiek przyciasna w ramionach. No i te nieco jednak za długie rękawy (choć generalnie jesienią i zimą lubię chować dłonie w przydługich rękawach swetrów czy kurtek). Odłożyłam do przemyślenia. Traf chciał, że zaszłam do H&M i tam znalazłam kurtkę niemal identyczną, choć:

- z ekoskóry (miękkiej i bardzo dobrej jakościowo. Nie mam nic przeciwko ekoskórze, o ile nie wygląda jak tandetny, śliski, błyszczący plastik),
- bez paska z klamrą na dole,
- o krótszych rękawach,
- o 200 zł bardziej przyjazną dla portfela :)

 
Kurtka bardzo ładnie układa się na sylwetce, tył jest krótki, dopasowany, poły przy rozpiętej kurtce spływają w dół tworząc wrażenie nieco dłuższego przodu (co widać zresztą nawet na wieszaku). 

Buty zamówiłam na Zalando (trzymajcie kciuki), spodnie będą musiały poczekać, bo mierzenie jeansów w czasie obecnych upałów zakrawa na szaleństwo... 

M.


Czytaj dalej »

10.8.15

O tym, czego naprawdę potrzeba do uprawiania sportu

Poza motywacją, rzecz jasna :)

Z perspektywy kilku ładnych lat regularnego uprawiania sportu oraz prowadzenia zajęć w klubach fitness mogę Wam powiedzieć, że są tylko dwa elementy niezbędne do tego, by ćwiczyć wygodnie i bezpiecznie. Są to...

1. Buty

Cierpiałam i cierpię nadal, gdy widzę wchodzącą raźnym krokiem na salę klientkę klubu fitness w, dajmy na to, trampkach typu czeszki (no, serio). Jeśli zamierzam skakać, tańczyć, czy biegać, but sportowy ma przede wszystkim zapewnić amortyzację moim stopom, kolanom i kręgosłupowi, a do tego potrzeba podeszwy naszpikowanej poduszkami, komorami i innymi zdobyczami technologii w tej dziedzinie. Im więcej/częściej/bardziej intensywnie ćwiczysz, tym amortyzacja powinna być lepsza. Różnicy nie da się odczuć po jednym czy dwóch wypadach na fitness - po pewnym czasie jednak, "znikąd" pojawią się różnego rodzaju bóle przeciążeniowe, i mało kto obwini za to obuwie. 


Na zdjęciu pokazuję Wam moje ukochane buty na fitness, jedne z ostatnich modeli Nike Air Max starego typu. Niedługo je zajadę i będę płakać rzewnymi łzami, bo takiej poduchy pod stopą nie dostanę pewnie już nigdzie.  

2. Biustonosz

To, co teraz napiszę, adresowane jest do dziewczyn obficie obdarzonych przez naturę (do których zresztą należę ja sama).  Na początku mojej sportowej przygody, lat temu kilkanaście, nie było w sprzedaży żadnej bielizny sportowej. Komfort uprawiania sztuk walki w fiszbinach i koronkach był mocno średni. Przyjemność z wysiłku fizycznego podczas gdy a) biust lata Ci na wszystkie strony b) zastanawiasz się, jak idiotycznie wyglądasz, gdy biust lata Ci na wszystkie strony - zerowa. Pierwszą (spaloną) nadzieję dał mi Triumph i jego "sportowe" biustonosze, przypominające po prostu bezszwowe, bezfiszbinowe i bezmiseczkowe (!) topy zapinane na plecach na nieco większą ilość haftek. Podtrzymanie - żadne. W zasadzie miałam z tego tylko świadomość, że włożyłam coś, co z założenia ma mi pomóc. Na biustonosz sportowy z prawdziwego zdarzenia przyszło mi czekać jeszcze ładnych parę lat. Po drodze ratowałam się koszulkami Nike z wbudowanym biustonoszem (starszy model z zapięciami po bokach, podobnie jak Air Maxy niestety wycofany ze sprzedaży), w których rozpoczęłam karierę instruktora fitness. Było już nieźle, ale tylko do momentu, w którym (jakieś dwa lata później) założyłam Panache Sports Bra. Mierzyłam w nieprawidłowym rozmiarze, na swój musiałam poczekać dwa miesiące, zapłaciłam słono, ale zdecydowanie było warto. W zasadzie jest to mój ukochany element bielizny, gdybym mogła, nosiłabym go na okrągło, nie tylko do uprawiania sportu ;) Jest idealnie wyprofilowany i mocno trzyma biust na swoim miejscu. W dodatku jego ramiączka zaopatrzone są w mały haczyk, który umożliwia ich spięcie na krzyż, co jest świetnym rozwiązaniem pod koszulki typu racerback. Kocham.


Reszta stroju i akcesoriów jest zupełnie dowolna. Zdjęcia markowych sportowych ciuchów na blogach i instagramach są zawsze mocno zachęcające, jednak nie jest to sportowy niezbędnik (choć oczywiście miło jest trenować spowitym w jaskrawe tkaniny technologiczne). Na szczęście od kiedy linie sportowe rozgościły się na dobre w zwykłych odzieżowych sieciówkach, mamy szeroki wybór kolorów, fasonów w przystępnych cenach. Namawiam więc, by zaoszczędzić na markowych topach i szortach, a zamiast tego zainwestować właśnie w buty i biustonosz.

M.
Czytaj dalej »

4.8.15

Witam, zapraszam...

Wróciłam z długich (niestety tylko) blogowych wakacjach. Z początkiem tego roku miałam zbyt mało czasu i sił na ogarnięcie zwykłych życiowych spraw, co tu dopiero mówić o przyjemnościach w postaci pisania postów i robienia do nich zdjęć... Powolutku jednak wszystko się uspokoiło, nastąpiło kilka zmian, przede wszystkim zmieniłam się ja i mój stosunek do blogowania  - stąd konieczne zmiany na samym blogu. Póki co, większość spraw jest na etapie planowania, jednak mogę już teraz powiedzieć tyle, że beautybymojito zmienia się w bymojito - nie chcę dłużej pisać tylko o kosmetykach, bo zwyczajnie zbyt wiele jest innych fajnych rzeczy i spraw, którymi chciałabym się z Wami podzielić. 

Pewną wskazówką co do moich nowych pomysłów (oraz relacją z okresu gdy byłam nieobecna w blogosferze) jest mój Instagram. Tam też znajdziecie kilka zdjęć z mojej krótkiej wycieczki do Hamburga, gdzie po raz pierwszy zaznajomiłam się z kosmetykami Balea. Do domu przywiozłam pół torby niemieckich dóbr, nie mogę więc z Wami się nie podzielić :)


::ZAMKNIĘTE::
Do zgarnięcia w rozdaniu jest widoczny na zdjęciu zestaw - balsam do ciała Balea z limitowanej linii letniej oraz dwa lakiery z festiwalowej kolekcji Rita Ora x Rimmel - Roll In the Grass i Sweet Retreat. Wszystkie kosmetyki są oczywiście nowe.

Aby wziąć udział w rozdaniu należy:

1. Zapoznać się z regulaminem dostępnym w zakładce w menu bloga
2. W komentarzu pod tym postem podać zostawić swój adres @

Na zgłoszenia czekam do końca 19 sierpnia. A na kolejny, bardziej konkretny post zapraszam już niebawem :)

M.

Czytaj dalej »

3.8.15

Do zobaczenia...

... już jutro :)
Czytaj dalej »

18.3.15

Moja kolekcja zapachów: Yankee Candle Florals

Moja przygoda ze świecami zapachowymi zaczęła się nieco ponad rok temu. Pierwszym, który urzekł mnie totalnie był Sparkling Snow, limitowany zimowy zapach igliwia pod śniegiem. Kilka wosków zapachowych później dołączyłam do świecowego forum, zaczęłam czytać o zasadach palenia, akcesoriach, świecach innych niż Yankee Candle... Zaczęły się poszukiwania niedostępnych u nas zapachów amerykańskich i najważniejsze - tworzenie kolekcji świec, którą dzisiaj, po sprawdzeniu przeze mnie ponad 200 zapachów tworzą moje zapachowe creme de la creme. Dzisiaj opowiem o najbardziej wiosennych, tych z kategorii Floral.


1. Blue Hydrangea (zapach USA, seria Treasure) - bardzo mocny, surowy, wytrawny "zielony" zapach, jedynie odrobinę bardziej kwiatowy niż woń soków trawy. Jeśli chodzi o serię Treasure, to powracają w niej na krótki czas zapachy kiedyś wycofane ze sprzedaży. 

2. Tahitian Tiare Flower (zapach USA) - u mnie w postaci dwuknotowego tumblera z serii World's Journeys; standardowo wygląda tak. Zapach świeży, otulający, z delikatną nutą płynu do płukania. 

3. Loves Me Loves Me Not (zapach PL, wycofany) - z racji naklejki popularnie zwany stokrotkami. Nie jestem pewna, czy stokrotki w ogóle pachną, ale ten zapach określiłabym jako kwiaty świeżo rwane z łąki, jest soczysta zieleń, jest moc, ale i słodka nuta w tle. Ukochany zapach mojego M., z racji wycofania zrobiłam ogromny zapas, mam nadzieję, że nie zmęczę przed powrotem stokrotek (który mam nadzieję kiedyś nastąpi...)

4. Plumeria (zapach USA, wycofany) - jest zapachem legendarnym, właściwie niedostępnym, do niedawna mój święty Graal Yankowych polowań. Nie tak dawno, z okazji Dnia Matki (stąd "doklejka" na etykiecie) został przywrócony w bardzo ograniczonej ilości w UK i stamtąd sprowadziła go moja serdeczna koleżanka, siostra w nałogu (pozdrawiam!). Plumeria jest zapachem nie tyle kwiatowym, co perfumowo-mydlanym, z lekką cytrusową nutą w tle. Moc świecy jest niestety dość słaba, a ponieważ wolę mocne zapachy, będę musiała się nad Plumerią poznęcać i zafundować jej leżakowanie do góry dnem.



5. Stargazer Lily (zapach USA, seria Treasure) - bardzo mocna, bardzo realistycznie odwzorowana lilia. Może nasuwać cmentarne skojarzenia. Ja na szczęście takich nie mam, świeca jest tak cudowna, że zrobiłam sobie mały zapas.

6. Tulips (zapach USA) - często, bardzo trafnie, określany jako "zapach kwiaciarni". Ja też czuję w nim świeżo cięte kwiaty. Zaliczyłabym go do zapachów "zielonych" - jest bardziej perfumowy niż Blue Hydrangea i mniej słodki niż Loves Me Loves Me Not.

7. True Rose (zapach PL) - bardzo mocna, świeża, zimna róża. Zabójczo piękna.

8. Pink Hibiscus (zapach PL) - może to Was zdziwi, ale dla mnie ten zapach to... różane konfitury. Świeca ma przyzwoitą moc, ale o ile bardzo lubię ten zapach u mojej mamy (której podarowałam duży słój z okazji ubiegłorocznego Dnia Matki), bardzo rzadko palę go u siebie. Może to pokutuje moje przekonanie, że zapach domu i jego wystrój powinny być spójne, a do mojego konfitury ani rusz.

Zawsze wydawało mi się, że mam wybitnie kwiatowy gust zapachowy, jednak jak widać moje Floralsy nie są reprezentowane zbyt licznie, co na pewno nie zmieni się w najbliższym czasie, bowiem w roku 2015 do zapachów Polskich dołączy jeszcze tylko jeden kwiat - Orchidea w jesiennej linii Out of Africa. Póki co, czekamy na lada chwila dostępną kolekcję Cafe Culture. 

Jeśli macie ochotę zacząć przygodę z osławionymi już YC, serdecznie zachęcam do zakupów w sklepie cozazapach.pl oraz do dołączenia do facebookowej grupy świecomaniaków :)

M.
Czytaj dalej »

16.3.15

Kremy do rąk The Body Shop

Jestem absolutną maniaczką używania kremów do rąk - w moim otoczeniu zawsze utykam kilka tubek różnych kremów, aczkolwiek po latach stosowania mam swoich zdecydowanych faworytów. Do ich grona zalicza się również jeden z produktów ze stajni The Body Shop, która kremów do rąk w asortymencie ma aż cztery rodzaje, które pozwolę sobie dzisiaj krótko ocenić.


4. Poza podium ląduje najmłodszy wynalazek TBS, czyli krem oczyszczający z linii Absinth. Właściwie wszystkie żale, które wylałam w poście z 2013 r. są aktualne :) W skrócie: ma nieprzyjemny ziołowy zapach, rzadką konsystencję, słabo się wchłania, nie nawilża i klei dłonie. Yuk. Pewnie dlatego nie zdołałam w żaden sposób zmęczyć go przez dwa lata (!) i za chwilę wyląduje on w koszu na śmieci.

3. Nieco lepszy, aczkolwiek tylko odrobinę, jest krem z linii Almond, dedykowanej zresztą do pielęgnacji rąk. Podtrzymuję w tym przypadku wszystkie zarzuty poza klejeniem (ergo wchłanianie odrobię lepsze) oraz zapachem, bo migdałowa woń bardziej pieści nozdrza niż absyntowe ziele.

2. Krem z linii różanej zasadniczo przeznaczony jest do skóry dojrzałej, której nie posiadam, więc nie wypowiem się z punktu widzenia działania w tym zakresie. Ciekawostką jest dodany do kremu filtr SPF15. Co do działania - odrobinę gęstsza konsystencja znajduje odbicie w dużo lepszym działaniu nawilżającym, choć do nr 1 jeszcze daleko. Ogromnym plusem jest mocny, różany zapach kremu - jeśli oczywiście lubicie różane zapachy, których kiedyś nie znosiłam, obecnie znoszę (więc jednak starzeję się według wzorca i dobrze, że ktoś zrobił dla mnie krem na tę okazję).

1. Absolutnym i niekwestionowanym faworytem oraz stałym punktem na liście TBSowych zakupów jest u mnie krem z marychą. Nawilżający dogłębnie, wchłaniający się jak złoto, gęsty, porządny i dostępny na promocjach, gdyż nie zapominajmy, że TBS do najtańszych nie należy. Jedno ale - nie cierpię zapachu tej linii... I choć w przypadku ukochanego kremu do stóp z tej samej linii zapach nie odgrywa większej roli, tak przy kremie do rąk muszę (ś)cierpieć. I cierpię, bo dla działania warto :)


 O kremowych perypetiach spoza TBS - wkrótce :)

M.
Czytaj dalej »

3.3.15

Spring Boot Camp

Biorąc pod uwagę nasz polski klimat, botki to obuwie niemalże całoroczne - pomijając śnieg i upały, są idealne na każdą pogodę. W tym roku zima się nie stara, więc z nieukrywaną przyjemnością moje nowe zdobycze, upolowane z myślą o wiośnie noszę spokojnie już teraz. 

Zanim zostałam mamą każdy mój but - poza kapciami, klapkami na basen i adidasami na fitness - zakończony był wysoką szpilką. Noszę obcasy od kiedy ukończyłam nadający się do tego wiek; na pewno pewną rolę odegrał tu mój nikczemny wzrost krasnoludka... W każdym razie, wysokie obcasy odłożyłam do szafy pod koniec pierwszej ciąży, i nawet nie przypuszczałam, że przerwa potrwa kilka lat - najpierw nosiłam na rękach stopniowo przybierającego na wadze bobasa, natomiast kiedy stanął on już na własnych nogach, musiałam zwyczajnie być zawsze gotowa do ruszenia w pościg za niefrasobliwym stworzeniem. Nie wspominam już o tym, jak mało komfortowe są długie spacery lub składanie i rozkładanie wózka na 10 cm obcasach... Tej wiosny, z racji tego, że moje maluszki nieco już odrosły, nareszcie pozwoliłam sobie na nowe botki na mojej ukochanej szpilce. Z niemałym wahaniem (kolor...) najpierw zamówiłam beżowe botki Zign. Bingo! Kolor to żaden beż, a piękny taupe, idealna wysokość, wyprofilowanie, szpic. Wisienka na torcie to niby-drewniany obcas (lubię). Od razu zapragnęłam również klasycznie czarnych.



Jedyny minus tych butów to dość cienka podeszwa - pełna dyskwalifikacja jeżeli chodzi o dłuższe trasy piesze. Ale na takie ja osobiście raczej nie zakładam obcasów. Do zadań specjalnych tego rodzaju nabyłam oglądane przeze mnie przez pół roku (jak nie dłużej) botki Bronx Lune. Koniakowych botków zapragnęłam ich po obejrzeniu tego filmu, potem urzekł mnie post na blogu Sincerely Jules. Moje "luny" okazały się nieco... dziwne. Bardzo wąskie w palcach, dość luźne w pięcie, ogólnie jednak całkiem wygodne. Z całą pewnością stwierdzam, że koturna to jest to. 



Do wszystkich par noszę mojego niesamowicie pojemnego (kolejny ważny punkt dla każdej mamy!) wężowego shoppera z Mango. 



Inne przyjęte przeze mnie bezobcasowe rozwiązania to tzw. biker boots i high topy. Pierwsze bikery zz ekoskóry kupiłam za grosze w ubiegłym roku, nie będąc pewna, czy w ogóle będę nosić buty tego rodzaju - okazało się, że są niezastąpione. Jesienią poszukam bardziej solidnych. Jeśli zaś chodzi o również wypróbowane wcześniej trampki na koturnie, to doczekały się one w mojej szafie kontynuacji tematu w postaci wspomnianych ostatnio Bekettów - polecam w każdej, bardziej i mniej "dizajnerskiej" postaci.


Macie już buty na wiosnę? :)

M.
 
Czytaj dalej »

17.2.15

Hello there!

Ostatnie trzy miesiące obfitowały w wydarzenia różne, mniej lub bardziej szczęśliwe. W związku 
z tym, w pierwszym poście bo bardzo długiej przerwie - szybkie podsumowanie w zdjęciach.
 
So many beautiful (and not so beautiful) things happened in the past three months... In this first post after the longest break let me just give you recap of all that :)


Nareszcie udało nam się przeprowadzić "na swoje". Kocham mój dom, nawet jeśli ciągle czeka mnie wiele pracy przy wyposażaniu i urządzaniu wnętrz, szczęśliwie kierunek został już obrany.

I moved! Finally I am at my very own, very beloved place that still needs a lot of furnishing and decorating, though I feel like I am on the right track with this.


Ostatnio moim ulubionym filmem jest... Kraina Lodu, którą widziałam już chyba z 50 razy, częściowo z okazji dwutygodniowej choroby synka. Olaf wymiata. A Polska wersja językowa jest o niebo lepsza od oryginału - serdecznie polecam wszystkim, którzy nie widzieli.  

Frozen is one of the best movies EVER. I saw it like 50 times when my boy got sick and stayed at home for two long weeks. Olaf rules. Oh, and I think Polish version is so much better than the original (!)
 


Zgodnie z ubiegłoroczną maksymą, kupuję obecnie dużo mniej niż kiedyś, ale zupełnie wyprzedażom oprzeć się nie mogłam. Na zdjęciu - shopper z lekko błyszczącej nibyskóry węża. Niby zbyt wiele szczęścia w jednej torbie, ale przecież w modzie chodzi o to, by przełamywać swoje przyzwyczajenia. Po kilku tygodniach noszenia torby mogę z ulgą przyznać, że jest ona dość uniwersalna i pasuje niemal do wszystkiego w mojej szafie. 

One of my sale catches - faux snakeskin patent carryall. Seemed to be too much good packed in one bag, but hey, what is fashion about if not pushing your limits? I've had it for a couple of weeks now and imho it pairs very nicely with most items from my closet.


Zdecydowałam się założyć własną firmę. Jestem ciągle w fazie przygotowań i będę musiała poświęcić mnóstwo czasu na dopięcie wszystkiego na ostatni guzik, łącznie z przygotowaniem biura.
 
I've decided to start my own company. I'm still in the preparation phase of the project, and I still need to devote a lot of time to it, including arrangements in the office.


Impreza rodzinna - mój syn niedawno skończył 4 lata, ciągle nie wierzę, że jest już taki duży :)
 
Party time! My son just turned 4, I just can't believe he is such a big guy already!


Nieustająco fascynują mnie zapachy. Najnowszy zakup to duży słój Sunlight on snow z serii YC Simply Home. Nie podobają mi się zbytnio te wazy, jednak osłonka doskonale skrywa kształt słoja. 

Passion for fragrances continues. Here is my latest purchase, big jar (vase?) of Sunlight on snow from the Yankee Candle Simply Home series. Don't really like the shape of these, but putting them in a jar sleeve covers the shape up nicely.


I oto one, moje wymarzone sneakersy! Kiedy zobaczyłam obniżkę ceny rzędu 30% po prostu nie mogłam ich nie kupić. Dotarły do mnie rano w dzień Wigilii jako najpiękniejszy prezent pod choinkę.

And here they are, my dream shoes! When the price got reduced by 30%, they became just too irresistible. Just imagine they arrived at my door on 24th Dec - best X-mas gift I could ever imagine.


Pozdrawiam niezłomnych czytelników :)

Best regards to all my readers :)

M.

Czytaj dalej »
 
Copyrights 2016 Late Afternoon Coffe