7.11.14

Lips! Lips! Lips!

... czyli o ustach bez ust ;) Podstawowa zasada nieprzesadnego, codziennego makijażu brzmi: "Podkreślaj mocniej albo usta albo oczy, nigdy na raz". Zdecydowanie opowiadam się za drugą opcją - moje produkty naustne raczej nie porażają kolorem. Mało którą makijażową nowość powitałam z takim zachwytem jak koloryzujące masełka do ust. Lubię dodatek w postaci pielęgnacji i nawilżenia, nie znoszę wysuszania i efektu sklejonych ust. Poniżej moje - jak stwierdzam całkiem skromne - zasoby w kategorii "usta".


Czytaj dalej »

6.11.14

Current shoe crush

Puk, puk, jest tam kto? Internety są wieczne, ale cierpliwość czytelników ulotna... Wracam tu po raz któryś, znów z nadzieją, że moje wariackie życie nieco przystopuje i znajdę czas na sen i regularne blogowanie. Skłamię, jeśli powiem, że bez bloga żyję jak bez powietrza... ale blogowanie to po prostu fajna rzecz :)

Na szybko podzielę się z Wami moim najnowszym zachwytem - lakierowane szpilki w niebanalnym, turkusowym kolorze od niebanalnego, znanego skadinąd projektanta...

Knock, knock, anybody out there? It's me, again, hoping for a moment to catch my breath, but life is just too absorbing lately. I barely get any sleep, let alone find time to prepare a decent blog post. Though I'd love to be back, maybe can I make it this time?

Meanwhile, have a look at these gorgeous stilettos I stumbled across... 


Buty ze zdjęcia przyprawiły mnie o chwilowy bezdech, nie kupię ich jednak bo:

- są za wysokie - maksymalna i optymalna dla mnie wysokość obcasa to 10 cm, w 12-stkach czuję się jak na szczudłach,

- pochodzą z kolekcji wiosna/lato i są praktycznie nie do zdobycia,

- cena, cena, cena. W akcie desperacji mogłabym może i wysupłać, ale... patrz powyżej.

Wziąwszy wszystko razem do kupy: szukam porządnego, skórzanego zamiennika na niższej szpilce :) 

These shoes left me breathless, but they are a no-go since the heel is too high (best I can do is 100 mm while the Anouk model is 120), they are practically impossible to find (they were part of S/S collection) and they are a bit too pricey, especially given the two aforementioned points.. All in all, I'll be out there hunting for decent leather 100 mm replacement :)
 
Let the game begin! 

Czy ktokolwiek ma jeszcze w głowie kolorowe szpilki w (niemalże) połowie listopada? 

Anyone else with color pop stilettos on their mind when we are almost half-way through November? 

M.
Czytaj dalej »

15.9.14

Scent of an Apple

Ręka w górę, komu jesień kojarzy się z zapachem jabłek. Ja zaliczam się do ogromnych fanek jabłkowego aromatu i dlatego właśnie jesienią chętnie sięgam po jabłkowe woski, o których dzisiaj słów kilka.

Hands up, if you are in favor of apple scents for autumn. Personally I am their biggest fan, and it is precisely in autumn when I reach for apple scented waxes which I am going to introduce to you in a minute.



Mój ulubiony zapach z tej kategorii to Sweet Apple od Yankee Candle – słodkie, radosne, chrupiące jabłuszko. Jakkolwiek pojawił się latem, z zakupem dużego słoja czekałam do jesieni. Jego klonem jest niedostępny u nas Morning Blossoms z serii Simply Home. Nie ma jednak płakać nad mikrą dostępnością (czasami woski o tym zapachu można znaleźć na Allegro), ponieważ na mój nos, MB i SA są absolutnie identyczne. 

Stojący obok maluszka Sweet Apple Applewood Orchard jest zupełnie inny – to okadzone dymem, ciężkie, wytrawne jabłko schowane pod liśćmi. Skusiłam się na zakup pod wpływem słowa „wood”, jednak w paleniu drewna niestety nie znalazłam.

Ostatnie ze znanych mi woskowych jabłek to Sun-Ripened Apple od Wood Wick. Ja topiłam wosk, który w przypadku marki Wood Wick ma postać tabliczki o czterech kostkach. Zapach jest również bardzo podobny do Sweet Apple, jednak jest dużo bardziej intensywny. Jeśli chodzi o Wood Wickowe świece, to ich cechą szczególną jest drewniany knot , który „strzela” podczas palenia. Kto więc ma ochotę na jabłko z efektami specjalnymi, powinien koniecznie spróbować Wood Wickowego jabłka w świecy.

My absolutely favorite one is Yankee Candle Sweet Apple – truly sweet, cheerful, crunchy apple. This scent was instroduced in the summer, yet I waited with big jar until now. If for some reasons you are looking for its dupe, try Morning Blossoms from the Simply Home series. Identical to the point.
 
If it comes to Applewood Orchard, I must say I am a bit dissapointed not to be able to actually smell the wooden note suggested by the name of the scent. AO is a smokey, bitter apple, covered with fallen applewood leaves.

The last wax apple I am familiar with is Sun-Ripened Apple by Wood Wick. Tried this one as wax melt, and boy it has a really strong throw, although the scent itself is another copy of Sweet Apple. Wood Wick candles signature feature is actually the wooden wick, which „crackles as it burns”. Hence, if you are in for apple scent with special effects, you should definitely check out a candle of Sun-Ripened Apple.
  
 
 
Jeśli czujecie się skuszone jabłkowymi zapachami, Sweet Apple oraz Sun-Ripened Apple (jak również wiele innych wosków i świec, o których będę jeszcze pisać) możecie nabyć w sklepie CoZaZapach.pl z 10% rabatem na zakupy (hasło: Mojito). 

Życzę udanych zakupów :)

M.
Czytaj dalej »

22.8.14

Off the wishlist - Alexander McQueen Skull Scarf

Nowy sezon skłania do przejrzenia i uzupełnienia szafy. W tym roku - trochę w myśl #nicniekupię, trochę z braku zachęcających ciuchów w sklepach, trochę bo niewiele mi trzeba - nie przewiduję garderobianych rewolucji, tym bardziej, że w sezonie jesiennym pierwsze skrzypce grają u mnie dodatki...

In the new season it's so easy to fall (sic!) into a clothes-shopping mode. This year - partly due to my #notbuying resolution, partly because there is barely anything that catches my eye, partly due to the fact that I don't really need much to add to my wardrobe - I'm not going crazy with my closet. Oh, and one more thing - to me, fall season is rather about accessories...  


Jestem prawdziwym szalikoholikiem. Mam mnóstwo szalików, chust, kominów, którymi okręcam się namiętnie od wczesnej jesieni do późnej wiosny, wbrew zasadzie, że absolutnie nie powinny tego robić osoby z bujną piersią. Niedawno w mojej szalikowej kolekcji pojawiła się wisienka na torcie, czyli słynna (osławiona?) czaszasta chusta podpisana, że "Alexander McQueen". 

I'm a true scarf lover. I have tons of scarfs, shawls, snoods, which hop onto my neck in early fall to stay there until late spring, despite the fact that they simply shouldn't happen on women with rather impressive bosom. Recent addition to my collection is a (in)famous Skull Scarf "signed" by Alexander McQueen.


Co do zasady, Skull Scarf występuje w dwóch odmianach. Moja chusta zrobiona jest w 100% z jedwabiu. Nad kolorem zastanawiałam się od ponad roku (zrozum kobietę), ale kiedy zobaczyłam opcję "ciemna zieleń" przepadłam z kretesem. 

In general, there are two types of Skull Scarfs. Mine is 100% silk. I've been trying to pick a color for over a year (shame on you, woman!) but when I saw "forest green", the deal was sealed.


Co tu dużo mówić, chusta jest idealna pod względem materiału, wykonania, rozmiaru... Najbardziej jednak zachwyca sposób, w jaki układa się na szyi... Przypomina mi to miękkie, eleganckie kocie ruchy :) Nie jestem w stanie tego opisać ni sfotografować, zrzucam na karb Waszej wyobraźni, którą mogę wesprzeć zdjęciem z Instagramu.

The scarf is in fact pure perfection - as regards the material, the way it is made, the size... The most breathtaking feature to me is the way is lays on my neck... Like a cat, moving in that special soft and elegant manner :) I'm not actually able to describe or photograph this phenomenon, so let's leave it to your imagination with an Instagram clue.  

Kocham, i nie żałuję ani jednej wydanej na nią złotówki :)

I absolutely love it and I think it's worth every, ehm, cent I spent on it :)

M.
Czytaj dalej »

15.8.14

Rescue Squad

Na początek: wielkie dzięki za wszystkie miłe słowa powitania po powrocie :) Natychmiast zalała mnie fala radości  wynikającej z blogowania. Bardzo mocno ściskam Was wszystkich!

Nadal mam bardzo mało czasu na tzw. zajęcia dowolne, co mam nadzieję zmieni się za jakieś 6 tygodni, kiedy to przeprowadzę się do swoich własnych, wymarzonych czterech kątów! Nie da się opisać, jak bardzo nie mogę doczekać się tej chwili :) Do tego czasu wybaczcie brak regularnych postów, choć dziś właśnie przyszło mi do głowy rozwiązanie w postaci regularnych mini-postów, jak ten tu niniejszy właśnie.

Przechodząc do zagadnienia głównego - przez ostatnie kilka tygodni moja cera wariuje. Nie wiadomo skąd dopadły mnie zaskórniki, a "pociążowo" wróciła tłusta cera :( To wszystko wymagało podjęcia natychmiastowych działań ratunkowych, co skończyło się na wypróbowaniu całkiem niezłego przekroju produktów z linii, po które miałam nadzieję nie sięgać już nigdy w życiu... A oto moi wybawcy!

First of all, thank you for all the welcome-back words I saw under the last post :) It instantly reminded me of why blogging is so much fun. Big hugs to you, guys!

I am still very short of free time, which I hope is going to change in about 6 weeks, that is, after I move to my new very-own-and-beautiful place! I can't tell you how excited I am :) Until then, please forgive my irregular posting... Although today an idea crossed my mind - how about more frequent but shorter posts? Like the one you, dear reader, have in front of your eyes.

So, moving on to the subject - I must admit that my face has lately gone a little crazy. I am experiencing... blemish attack and oily skin, which returned after pregnancy :( I needed immediate help and tried a couple of products from ranges I never dreamt I would reach for... And here are my life savers!

Z drugiego planu pozdrawia Was lemur :) / Greetings from lemur :)

1. Clinique, Anti-blemish Solutions

Miniaturka, którą widać na zdjęciu pochodzi z trzyczęściowego zestawu Clinique. Z trzech części w pełnym rozmiarze zamierzam nabyć właśnie tę. Jest to świetny nawilżacz dla cery z niedoskonałościami. Nie wybłyszcza, zmiękcza i uspokaja cerę, co bardzo sobie cenię szczególnie po wieczornym oczyszczaniu twarzy.  

Bought this one as a part of Clinique miniature set, but am seriously considering only this one in full size. It is a great moisturizer for skin prone to imprefections. No shine allowed, leaves the skin soft and calm, which is paricularly nice after evening cleanse.

2. Yasumi, Clean & Fresh Silky Powder

Doskonały zastępca pudru peelingującego marki Shiseido. Próbowałam obu, wolę Yasumowy, zarówno pod względem ceny jak i działania. 

A fantastic alternative to peeling powder by Shiseido. Had an occassion to use both, prefer Yasumi both price- and effect-wise.

3. Ziaja, Pasta do oczyszczania twarzy z ekstraktem z liści manuka 
/ Cleansing paste with manuka leaves

Do codziennego zmywania twarzy. Dziwnie pachnie i ma straszliwą tendencję do włażenia pod powieki (ponadto, zostaje tam i niesamowicie drażni), ale czyni cuda - "poleruje" skórę, oczyszcza ją z naturalnych i kosmetycznych zanieczyszczeń, nie wysusza. Kocham (pamiętając o ostrożności podczas spłukiwania).

Teraz do szczęścia potrzebny mi jeszcze tylko dobry preparat punktowy...

My everyday wash. It has a funny smell and is very prone to get under your eyelids (and stay there, which is impossibly irritating) but works wonders - polishes skin, cleanses it of natural and cosmetic impurities, does not cause dryness. Love, actually (when you're careful during the rinse off).

One more thing I need to trace down is a perfect spot treatment...

Udanego weekendu i do zobaczenia wkrótce!

Have a nice weekend & see you soon!

M.

Czytaj dalej »

17.7.14

Something old, something new

Być może zastanawiałyście się, czemu na moim blogu od dawna nie dzieje się nic (jeśli nie, spokojnie możecie pominąć niniejszy akapit). Otóż ostatnimi czasy w moim "realnym" życiu dzieje się bardzo dużo, a że natura dąży do równowagi, niektóre sprawy zwyczajnie musiałam odłożyć w czasie, z innych zupełnie zrezygnować; po namyśle bloga postanowiłam wrzucić do pierwszej puli. Tak więc jestem - znów :) I - jak w tytule posta - od razu zapowiadam kolejne zmiany, bowiem zamierzam odtąd pisać nie tylko o kosmetykach.
Czytaj dalej »

18.3.14

Three Dior makeup pieces you should give a try...

... irrespective of your color preferences and skin tone! Now that's what you call political correctness ;)


What these three have in common is that they will suit everyone - and I mean it. For blush and lip balm the key to success is their adaptability to skin tone. 

Clue: don't judge by appearances. Even when you think Lip Glow Color Reviver Balm will simply give you that sleek wet lip look - it is ready to offer you so much more, which is boosting your natural lip colour and exceptional nourishment. Even when you think Rosy Glow blush is vivid pink that would only be suitable for a professional circus clown - it is not, as after application it's going to oxidize the pink out, leaving behind a natural-looking flush. 



Dior Vernis in Perle is another (and limited!) story, but it also has a hint of versatility about it - as a top coat, or acting solo it's just  stunning - a layer of semi-matte, satin-like pink pearl frosting. If you want to give this one a try, you better hurry - next to Dior's beautiful bubblegum blue Porcelain, it is already unavailable in most locations (at least in my city ;) 

The other two pieces can be traced more easily. Apart from the "regular" version, Dior offers colour variations of the balm within limited collections - although I personally believe that in this case the difference in colour is not at all noteworthy ;)

My next stop: somewhere they still have Porcelain!

P.S. Tell me what you think - any language (I'm familiar with) welcome!

Czytaj dalej »

5.2.14

Reset

Blog "beauty by Mojito" przejdzie wkrótce reset.
Spodziewajcie się niespodziewanego.


Beauty by Mojito blog is soon going to be reset.
Expect unexpected.

M.
Czytaj dalej »

29.1.14

Idźcie i kupcie... Sephora online

Did you know?

Ja dowiedziałam się przed chwilą - ruszyła onlajnowa Sephora! Po pobieżnej wizycie widzę, że asortyment mocno wybrakowany, ale może to tylko na początek.

W każdym razie - powoli doganiamy zachód ;)

Miłego dnia!

M.

EDIT: A do końca stycznia - gratisowa wysyłka w MACu!
Czytaj dalej »

27.1.14

New In

Z racji tego, że #nicniekupie, posty niniejszy podsumowuje dwa ostatnie miesiące (i tak już chyba z tą serią zostanie). Zobowiązanie do ograniczenia rozpasanej konsumpcji zdecydowanie mi służy i całkiem nieźle wychodzi, biorąc pod uwagę, że to, co poniżej to a. częściowo moje gwiazdkowe prezenty b. szaleją wyprzedaże, na których ja poszalałam tylko troszeczkę ;)

A zatem, let's roll!
Czytaj dalej »

26.1.14

Czarujący bubel od Victoria's Secret

Kto ich nie widział, ręka w górę! Ale nie sądzę, że nie mignęły Wam nigdy i nigdzie urocze skądinąd buteleczki mgiełek zapachowych / balsamów do ciała spod szyldu Victoria's Secret.  Ja widuję je regularnie (w przeróżnych wersjach zapachowych, których jest naprawdę cała masa) na mocno poczytnych blogach dwóch zapatrzonych w nie finek. Nic więc dziwnego, że mając przed świętami okazję pt. "i tak kupuję tu coś innego", wzięłam z ciekawości mgiełkę w wydaniu pt. Secret Charm, pozbywszy się tym samym 39 zł.

I rozpoczęła się zabawa w chowanego.

Zapach bowiem, choć świeży i kwiatowy (czyli taki, jakie lubię najbardziej) znika bowiem od razu po rozpyleniu go na cokolwiek. Szukaj wiatru w polu - ja szukałam na sobie, włosach i ubraniach. Zero efektu. Ok, rozumiem, że może nie być trwały, że to mgiełka nie perfuma... Ale tutaj woni po prostu nie ma wcale, a przecież miałam pachnieć!

Dawno nic nie rozczarowało mnie tak bardzo. O ile lepszą inwestycją byłaby kolejna mgiełka IVR lub nawet mniejsza, lecz zdecydowanie trwalsza laseczka mgiełki z Sephory!

Zakup odradzam... Choć nie do końca - mgiełka ładnie prezentuje się na mojej nocnej szafce, jeśli jesteście żądne doznań wizualnych, mogę polecić ją z czystym sumieniem ;)

M.



Czytaj dalej »

23.1.14

Klątwa Mojito, czyli jak unicestwiam podkłady

Podkład to kosmetyk, przy którym trwam (albo przynajmniej bardzo się staram...). Powód jest prosty: nie znoszę dobierać odcienia podkładu, więc jak już znajdę coś, z czym czuję się idealnie zgrana chcę przy tym trwać na wieki wieków... Sprawa jednak okazuje się być trudna, bowiem wykańczam podkłady - i nie chodzi tu o denko...
Czytaj dalej »

21.1.14

Wino i krewetki, czyli wyniki rozdania

Spóźnione, choć zapewne wyczekiwane ;)

Winem upoji (upoją?) się

SEKRETY NASZEGO PIĘKNA

Natomiast krewetki popełzną do 

LEEMONKI

Gratuluję i czekam na Wasze dane do wysyłki :) Jestem po części w Waszej skórze, bo wczoraj dowiedziałam się, że wygrałam zestaw kosmetyków Phenome!


Być może zastanawiałyście się, skąd kilkudniowa przerwa na moim blogu... Otóż zrobiłam sobie blogowy detox - nie pisałam, nie czytałam, przemyślałam za to parę spraw i nabrałam nowej energii. Każdy, kto pisze jakiś czas zna tę potrzebę oddechu. Ja odetchnęłam i na nowy post zapraszam już jutro :)

M.

*Zdjęcie pochodzi stąd.
Czytaj dalej »

14.1.14

Mam i ja: Chanel Les Beiges

Sławny, podziwiany, oklaskiwany. Jest w ogóle tu ktoś, kto o nim nie słyszał? 
No właśnie :) Ja nasłuchałam się tyle, że uległam i nabyłam, w kolorze No10. I niby wszystko jest ładnie i pięknie, a jednak wystąpił pewien istotny szkopuł.

Okazuje się bowiem, że mam plebejskie upodobania i Chanel mnie nie kręci.
Czytaj dalej »

13.1.14

OPI Take... Two!

Czyli mój zapas lakierów na cały następny rok ;) Bo czemu nie zaopatrzyć się z góry w to, co OPI ma najlepszego? Pod koniec ubiegłego roku światło dzienne ujrzał widoczny obok zestawik 10 najlepiej sprzedających się Opików w wersjach mini pod nazwą Take Ten.

Dla mnie - świetna opcja. Bardzo żałowałam, że nie zaopatrzyłam się w taki zestaw rok wcześniej, ale jak widać, co się odwlecze, to nie uciecze. O mały włos przegapiłabym i tegoroczną edycję, jednak dzięki Ajce tym razem nie przepadło :D

Na Take Ten składają się dwa ładnie opakowane sety po pięć lakierów - jasne/neutralne i ciemne/wyraziste, konretnie:

Nie zdążyłam jeszcze posmakować wszystkich, ale z tego co już było:

Pirouette My Whistle - top ze srebrnym shimmerem i hexagonami, delikatny, a jednak ozdobny, rarytasik!
Bubble Bath - bardzo przejrzysty kolor nude, jedna warstwa daje efekt "zadbanych", wypolerowanych paznokci
Tickle My France-Y - określiłabym jako dusty rose. Idealne dłonie manekina ;)
You Don't Know Jacques! - planuję napocząć dzisiaj, jeśli się uda - sklecę jutro fotografie.

Jeśli chodzi o drugi set, to znajduje się tam coś dla Was :) Chodzi mianowicie o Cajun Shrimp (który kocham i na pewno zaopatrzę się w dużą butlę po wykończeniu obecnie używanego malucha) i Malaga Wine (który jest bordem, a borda na paznokciach raczej unikam). Tymi buteleczkami postanowiłam obdarować dwie z Was. 


Kto chce dostać jedną z nich proszony jest o wypełnienie poniższego formularza i wklejenie go w komentarzu pod niniejszym postem:

1. Obserwuję jako:
2. Email:
3. Wybieram: (krewetki lub wino)

Konkurs trwa od dzisiaj do końca tygodnia, tj. do 19.01.2014 r. godz. 23.59.
Zasady ogólne dostępne są w zakładce "Regulamin" na górze strony. 

Pozdrawiam, zapraszam i życzę powodzenia!

M.
Czytaj dalej »

10.1.14

Nie taki Batiste straszny...

 Jeśli miałabym dzisiaj okazję porozmawiać z samą sobą sprzed roku u suchych szamponach Batiste, wyglądałoby to mniej więcej tak:

Ja Dziś: To co, zamawiać?

Ja Wtedy: Sama nie wiem... Niby wszyscy chwalą, ale wydaje się to skomplikowane w użyciu...

JD: Daj spokój. To się nie może nie udać - wystarczy popsikać się zgodnie z instrukcją na obrazku i wszystko będzie git, odpala od pierwszego kopa!

JW: No może... Ale właściwie to do czego on mi się przyda?

JD: No wiesz co... Nie mów, że tego nie znasz: tłuste włosy, a tu teściowa dzwoni, że za pięć minut wpada z niezapowiedzianą wizytą :P Albo to: nie masz siły bawić się w mycie i układanie włosów, bo zwyczajnie wieczorem padasz na twarz po całodziennym ganianiu z dzieciakami, a jednak w strąkach niekoniecznie czujesz się komfortowo...

JW: ...

JD: Dobra, dobra, nie namawiam więcej, bo i tak prędzej czy później zwycięży ciekawość poszukiwaczki kosmetycznych skarbów i przy jakiejś okazji go nabędziesz.

I nabyłam, przy okazji zamawiania (nie)sławnego Balmu L'Oreala. Niefortunnie na początek, bo niechcący trafiła mi się kokosowa (fuj!) wersja tropikalna. Na szczęście (a może i nie, ale o tym za chwilę) zapach nie jest jakoś specjalnie trwały ;) Mała żółta puszeczka wystarczyła mi na 4-5 użyć (dokładnie nie pamiętam), i doprowadziła do zakupu pełnowymiarowej wersji gruszkowej Fresh.

Przepadłam :)

I dlatego z wielką przyjemnością do szafki z kosmetykami wpuściłam ostatnie nowości: Batiste Paisley, Batiste Oriental i suchą odżywkę (!) z olejem arganowym.

#będziesiędziało. A jak się już zadzieje, nie omieszkam podzielić się uwagami. Tymczasem możecie razem ze mną ponapawać się absolutnie cudną szatą graficzną nowych szamponów.

M.

Ps. Mam 222 obserwatorów! Dziękuję każdemu z osobna i wszystkim razem - uwielbiam takie ładne liczby :D  
Czytaj dalej »

8.1.14

Szał ciał i uprzęży: Krem przeciwzmarszczkowy na noc Melisa

Najlepszym przyjacielem kobiety wcale nie jest diament.

Jest nim dobry krem przeciwzmarszczkowy ;) 

Skłamię jednak jeśli powiem, że kluczem do tego zakupu była przeciwzmarszczkowość właśnie. Znużona stale rosnącą ceną kremu na noc, któremu byłam wierna od ładnych paru lat, postanowiłam poszukać jakiegoś zastępnika. Traf chciał, że podczas wizyty w Carrefourze napatoczył mi się słoiczek Melisowego kremu. Że zaś jakiś czas wcześniej czytałam dobre opinie o toniku tej marki, zaryzykowałam całe (UWAGA) 5,89 zł i wrzuciłam krem do koszyka.

Co się działo potem, trudno opisać słowami, bowiem zupełnie nie spodziewałam się takich rezultatów!

  • krem ma lekką (ale nie rzadką) konsystencję i delikatny, świeży zapach
  • wchłania się dość szybko (ale nie błyskawicznie), pozostawiając na buzi lekki film. Ponieważ zgodnie z przeznaczeniem stosuję go na noc, nie widzę najmniejszego problemu
  • rano jestem wypoczęta i rześka... A przynajmniej tak wygląda moja twarz - odżywiona, nawilżona, gotowa na starcie z trudami dnia (i makijażem). 
  • co najlepsze - zmarszczki (takie małe, które jak się przyjrzę jednak już są ;) są rzeczywiście wyprasowane
  • w składzie - zaskakująco dużo dobrego: m.in. wyciągi z melisy, zielonej herbaty, oleje z pestek winogron i avocado, masło shea, alantoina, prowitamina B5  
  • w kwestiach w tym momencie mało już istotnych - opakowanie to lekki plastikowy słoiczek - niespecjalnie elegancki, ale i nie wali w oczy tandetą ;)
 
Co tu dużo mówić - kocham ten krem. Powoli dobijam w nim denka, co oznacza, że starczył mi na 11 tygodni codziennego stosowania.

Nie będę go Wam polecać pod rozwagę - KUPCIE GO, bo nawet jeśli nie będziecie równie zachwycone co ja, ewentualne utopienie niecałych 6 zł nie będzie bardzo bolało, a istnieje realna szansa, że dokonacie przełomowego odkrycia w swojej pielęgnacji. Tak jak ja :)

M.

Czytaj dalej »

3.1.14

Wyniki rozdania

Krótko i na temat - rozdanie na pożegnanie wygrywa

Gratuluję i proszę Cię o przesłanie danych teleadresowych na maila :)

Dziękuję za wszystkie zgłoszenia, następny konkurs już niebawem!

M.


Czytaj dalej »

2.1.14

Kosmetyczne podsumowanie roku 2013

Jak przystało na obecny sezon, WSZYSCY piszą o ulubieńcach z minionego roku. Ja takie posty bardzo lubię, i z niemałą przyjemnością przygotowałam dla Was własne podsumowanie. Na sesję zdjęciową i peany pochwalne załapały się produkty, które odkryłam w roku 2013 i przy których mam efekt WOW! za każdym razem, kiedy po nie sięgam (a przynajmniej czuję się, jakbym miała ;) 

Soooo... here we go!

Pielęgnacja



Czytaj dalej »

Zapowiedzi garść: Benefit, Chanel, Givenchy, Essie

Nowy Rok ruszył  kopyta - zrobiłam plany, postanowienia, listy... Na blogu też miało się zadziać, jednak okoliczności życiowe mnie mocno zastopowały, i niestety czasu na porządny noworoczny post brak. 

Jak mówią mądrzy ludzie, co się odwlecze to nie uciecze, a tymczasem - kilka informacji o nowościach kosmetycznych, które wpadły mi ostatnio w oko.

I tak, ze stajni Benefit macha do mnie puder matujący POREfessional Agent zero shine. Przyjemny, poręczny, ozdobiony kolorową grafiką (co lubię, w przeciwieństwie do opakowań w klimacie retro, które były ostatnią nowością marki). Sypki, acz z dołączonym pędzelkiem. Filmik co i jak z nim robić znajdziecie tutaj. Ja jestem z kolei ciekawa, czy - jak wskazuje nazwa i poprzednik w postaci uwielbianej przeze mnie bazy - Agent Zero robi coś porom... Bardzo zachęcającą recenzję i sporo zdjęć znajdziecie tutaj.



Druga ciekawostka to nowa farbka (tint) do policzków i ust o wdzięcznej nazwie Lollitint. Co tam było wcześniej? Benetint, Posietint, Chachatint - żaden nie wzbudził mojego zaufania (do róży w płynie podchodzę jak pies do kaktusa), ale Lollitint intryguje kolorem lawendowego różu.  


Czy to już gdzieś było??? 
 
I don't think so

Recenzja i swatche do obejrzenia na MBB.

Wjechawszy na wyższe piętro kolorówkowego raju, zapraszam również do zapoznania się z wiosenną kolekcją Chanel Notes du Printemps. Jeśli autor miał na myśli stworzenie zestawienia eleganckich i wyważonych odcieni, to udało mu się w 200%. Rozpiska kolorówki prezentuje się następująco:
Brak mi u Chanel bodajże odrobiny szaleństwa, jednak to chyba po prostu nie ten adres. Automatycznie zwracam się w tym momencie do jednej z moich ulubionych marek wysokopółkowych, czyli Givenchy i wiosennej kolekcji Over the Rose

Photo credits
 Damn it. It's pink AGAIN ;)  

Mimo to ciekawi mnie czwórka cieni :)

Lakierowo trochę już było - zarówno o wiosennych Chinkach, jak i o wiosennej Gwen. Do kompletu dorzućcie sobie OPI Brasil i powiedzcie same, czy w porównaniu z nimi wszystkimi propozycja Essie pn. Resort Fling nie wypada cokolwiek blado?

Photo credits
A oto i zdjęcia promo:
 

Sooo...

Co Wy na to?

M.

Czytaj dalej »
 
Copyrights 2016 Late Afternoon Coffe