26.7.13

Co nowego w The Body Shop?

Zaszło mi się dzisiaj do Body Szopu. Przypadkiem, rzecz jasna ;)

Po pierwsze, trwa wyprzedaż. Letnie bestsellery można kupić w cenach obniżonych nawet o połowę. Krem do stóp, który polecałam Wam w ostatnim wpisie ma z tej okazji cenę 29 zł (przy okazji okazało się, że cena regularna odrobinę wzrosła, i wynosi teraz 42,50 zł). Inny produkt, na który moim zdaniem warto zwrócić uwagę, to suchy olejek do ciała, włosów i twarzy (sama mam w domu zapas wersji Moringa Flower <3) 

Po drugie, to, co nabyłam:
  • Zestaw trzech małych (30 ml) kremów do rąk - Róża, Hemp i Migdał w cenie 59 zł (cena pojedynczego kremu: 29 zł)
  • Muślinowa ściereczka do mycia twarzy (post o bodyszopowych czyścikach chodzi za mną już od jakiegoś czasu, mam nadzieję wkrótce do niego dojrzeć ;)



Po trzecie, to, czego nie nabyłam - rumiankowe nowości demakijażowe, czyli Camomile Sumptuous Cleansing Butter i Camomile Silky Cleansing Oil. Pierwszy to zamknięty w metalowej puszce balsam o wyglądzie i konsystencji wazeliny kosmetycznej, delikatnie pachnący rumiankiem (49 zł / 90 ml). Drugi to olejek do demakijażu (59 zł / 200 ml) - mam wrażenie, że produkty tego typu zyskują na popularności. Co prawda na razie trwam w zachwycie nad olejkiem MACa, ale mam już w kolejce olejek z Sephory, po którym być może skuszę się na ten tutaj.


What say you?

M. 
Czytaj dalej »

24.7.13

Ulubieńcy / The Body Shop, Hemp Foot Protector

Bo poza kofeiną dobre są również konopie :D


Trafiłam niedawno na vlogowy tag pt. 50 facts about me. Jeśli sama miałabym przedstawić Wam 50 faktów na własny temat, jednym z nich mogłoby być to, że jestem posiadaczką niesamowicie "trudnych" stóp.

Serio. Stopy (a konkretnie pięty) to najbardziej problematyczna część mojego ciała. Wiecznie twarde i suche, pękające przy najmniejszej oznace zaniedbania zabiegów pielęgnacyjnych z mojej strony, okresowo swędzące i nieprzyjemnie drapiące pościel (dla mnie osobiście jest to koszmar jakich mało). Jeśli chodzi zatem o pielęgnację stóp, mam ją w małym palcu (stopy, rzecz jasna) i praktykuję notorycznie, wiedząc, że w razie zaniechań czeka mnie z ich strony straszliwa zemsta. Generalnie: temat rzeka, który być może rozwinę w nieokreślonej przyszłości.

Począwszy od podstaw, przedstawiam Wam jedyny krem, który jako jedyny nie ukorzył się u moich stóp i wyszedł z tematu z podniesioną głową, czyli bodyszopowy Hemp Foot Protector, z którym przyjaźnię się od ładnych paru LAT (serio-serio).

1. Opakowanie: Plastikowy pojemniczek, doskonale umożliwiający wylizanie kremu do samego końca: 


2. Wrażenia organoleptyczne: krem jest dość gęsty, ale łatwo się rozsmarowuje i szybko wchłania. Nawet stojąc w temperaturze pokojowej po nałożeniu jest dość chłodny. Ma zielonkawy kolor i intrygujący zapach, mocno charakterystyczny dla całej konopnej linii. Dla mnie jest on mało przyjemny, ale jako że stopy są siłą rzeczy dość daleko od nosa (i do tego woń szybko się ulatnia) daję radę :) Zasadniczo radzę poniuchać przed zakupem.


3. Działanie: BAJKA! Nakładam krem co wieczór leżąc już w wyrku. DZIAŁA. Nie ma suchej twardej skóry, nie ma popękanych, bolących pięt. Żaden inny krem, łącznie z Gehwolowymi cudami, nie przyniósł mi takiej ulgi.

4. Skład:


5. Cena/Wydajność: 39 zł/98ml, co wystarcza na 6-8 tygodni codziennego, mało oszczędnego stosowania. 

Oprócz dzisiejszego bohatera, linia Hemp zawiera również inne mocno nawilżające produkty...


  
... z których w PL widziałam sztyft do ust, masło do ciała i krem do rąk :P Miałam już styczność ze sztyftem i kremem, oba są warte polecenia, jednak bez większych problemów da się tu znaleźć jakieś tańsze zastępstwo. 

Natomiast Foot Protector moim zdaniem nie ma sobie równych :)

Miałyście do czynienia z konopną pielęgnacją TBS?

Baci,

M.




     
Czytaj dalej »

23.7.13

New in / Syndrom...

Bo nie samą ciążą człowiek żyje ;)

1. Kolorówka
  • Inglot Ridge Filler (baza wyrównująca płytkę)
  • Inlgot, lakier nr 386 (mam jeszcze chrapkę na mało neonową kolekcję pt. Neon :P)
  • Maybelline Dream Pure BB Cream - nowa wersja z kwasem salicylowym (postanowiłam dać mu szansę, pomimo mało ciekawych doświadczeń z BB od MACa)
  • MAC Powder Blush kol. Immortal Flower (LE All About Orange)


2. Pielęgnacja:
  • Isana, olejek kąpielowy (szukam czegoś tańszego, niż dotychczas używany - i ukochany - olejek Nivea. Note to self: wyprodukować post temat olejków kapielowych) 
  • Soraya, Morelowy Peeling Oczyszczający (dawno temu za górami za lasami zaprzestano dystrybucji genialnego peelingu morelowego St Ives. Ten Sorayowy przypomina mi go co nieco konsystencją i zapachem, uznałam więc, że warto sprawdzić, czy to może nie godny następca, tfuuuu, zamiennik ;)
  • Lirene, Young 20+ (no niby jeszcze się łapię ;) Płyn Micelarny z Tańczącymi Drobinkami z wit. E (złapałam się na drobinki, i tyle)


3. Włosy:
  • Bumble & Bumble, Surf Spray (bo Juicy Beige)
  • Joanna, Argan Oil (bo Picola. Czytam za dużo blogów kosmetycznych :P)
  • Phyto, Phytovolume Actif (sprej dodający objętości włosom - bo kupowałam coś na Allegro od tego samego sprzedawcy :P) 



4. Powód zgryzoty: 
  • Zamówienie z Cocolita.pl Z balsamów cieszę się niezmiernie (zamówione, bo Urbanek - a nie mówiłam, że za dużo czytam???), natomiast szampon miał przyjść w wersji Fresh. Tropical jedzie kokosem, kometycznego kokosa Mojito nie trawi, i co teraz z tym fantem zrobić??? Póki co, zaproponowano mi zniżkę na kolejne zamówienie, ale nie jestem pewna, czy chcę je tam złożyć... 


Powyższe stanowi tylko mały dodatek do poczynionych przeze mnie zakupów domowo-noworodkowych. Wśród mniej bądź co bądź fotogenicznych zdobyczy znajdują się takie cacka jak mop, nowa komoda na małe ciuszki i gruszka do nosa. 

Co najlepsze, dopiero dwa dni temu uświadomiłam sobie, że dopadł mnie klasyczny syndrom wicia gniazda :)

Oczywiście tym razem jest prościej, bo większość dziecinnych/macierzyńskich gadżetów już mam z poprzedniej tury. Nie zmienia to jednak faktu, że mam ochotę wyczyścić cały dom szczoteczką do zębów i nieustannie kombinuję jak by tu zwiększyć funkcjonalność powierzchni, na której obecnie mieszkamy tak, aby zmieściły się w niej potrzeby jeszcze jednej (choć malutkiej) osoby.

Szkoda tylko, że siły już nie te, co 8 miesięcy wcześniej ;)

M.

Czytaj dalej »

22.7.13

Kofeina dobra na wszystko / Pielęgnacja MAC

Witam Was serdecznie, po słonecznym weekendzie, umierając z niewyspania... Jeszcze bronię się przed wypiciem kawy, jednak czuję, że mój opór słabnie z każdą minutą ;)

Ale może uda mi się jeszcze w miarę składnie opowiedzieć Wam o moich dotychczasowych doświadczeniach z MACową pielęgnacją, która jest zdecydowanie - i niezasłużenie - mniej popularna niż kolorówka :)

Pierwsze dwa kosmetyki z tej kategorii trafiły do mnie ładnych parę miesięcy temu (Strobe z pewnością w ubiegłym roku). Oprócz nich miałam jeszcze do czynienia MACowym olejkiem (klik, klik), który do tej pory absolutnie uwielbiam (napoczęłam właśnie druga dużą butlę, oł jeee).



Na podstawie tego wszystkiego powiem jedno: MACową pielęgnację lubię o wiele bardziej niż produkty do makijażu! HA!

Dwa słowa o bohaterach uwidocznionych na zdjęciu:

1. Strobe Cream - wersję mini wygrzebałam na jednej z blogowych wyprzedaży. Strobe ma za zadanie nawilżyć i rozświetlić. W tym celu mami nas perłową poświatą samego produktu. Rozświetlenie jest bardzo subtelne, w sam raz pod podkład. Właściwości pielęgnacyjne też są - krem dobrze nawilża i lekko napina twarz (moją własną, czyli normalną w kierunku suchej). 

W dodatku Strobe jest piekielnie wydajny, co w pewnym stopniu powinno złagodzić ból spowodowany wydatkiem rzędu 130zł/50 ml. Dla cer tłustych/mieszanych przeznaczony jest z kolei Strobe Liquid. Ciekawe są również limitowane edycje tego produktu, jak na przykład drobinkowy Strobe Liquid Golden Elixir w tegorocznej kolekcji Temperature Rising.   

2. Fast Response Eye Cream  - to kosmetyk, do którego na pewno wrócę (jeśli w ogóle kiedykolwiek uda mi się go wykończyć ;) Co prawda zbliżając się do 30stki nabieram ochoty na coś lekko przeciwzmarszczowego (jak dotąd okolica oczu nie sprawia mi raczej problemów, ale wiadomo, lepiej zapobiegać niż leczyć ;) jednak ten krem ma w sobie coś, czego nie spotkałam nigdy wcześniej w specyfikach naocznych. I nie chodzi tu o końcówkę tubki, która za każdym razem, gdy zdejmuję nakrętkę daje wrażenie robienia sobie zastrzyku z botoksu :P



Kofeina.

Działanie jest, moim zdaniem, piorunujące. Żeby się o nim przekonać, należy porządnie zarwać noc, tak aby wyhodować pod oczami opuchliznę co najmniej pierwszego stopnia (im dalej w las, tym lepiej poradzi sobie krem). Następnie zwlekamy zwłoki z wyrka, po czym aplikujemy krem. Wchłania się szybko i od razu widać efekt - wszelkie opuchnięcia i obrzmienia znikają jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, do tego skóra cały dzień pozostaje napięta i nawilżona. Nie widzę żadnej innej przyczyny takiego stanu rzeczy, może to być tyko stymulujące działanie wspomnianej kofeiny.   

 Which brings us back to coffee :P

Krem kosztuje ok. 110 zł/15 ml. Jak znajdę sobie dobrą przeciwzmarszczkową pielęgnacje na noc, osiągnę nirwanę w kategorii pielęgnacja oczu ;) 

Choć więc nie ruszają mnie ostatnie limitowane kolorówki MACa, chętnie zapoznałabym się bliżej z zapowiadaną już linią pielęgnacyjną Lightful Marine Bright:

  

M.


      
Czytaj dalej »

18.7.13

Jankeskie Kandle

Lubię, kiedy w domu pachnie - niekoniecznie praniem i obiadem. Przerabiam na bieżąco różne sposoby na apgrejdowanie domowego zapachu - w szufladach upycham saszetki, na półkach instaluję patyczkowe dyfuzory, w toalecie rządzi automatyczny odświeżacz na baterie. Poza tym są jeszcze świece i woski - ale to już u mnie temat rzeka.

A wszystko tyko (aż?) po to, żeby było przyjemnie :) 

Z woskami Yankee Candle zetknęłam się osobiście po raz pierwszy w ubiegłym roku. Ze stosika zamówionych wtedy "tart" wyłuskałam dwa zapachy, które teraz trafiły do mnie w postaci małych świec.


W szale robienia różnorakich zapasów na nadchodzącą jesień, kiedy to oczywiście nie będę miała czasu na myślenie o takich drobiazgach, zamówiłam również stosik nowych zapachów do wypróbowania - w tym trzy z jesiennej edycji limitowanej.


Tymczasem ograniczę się do badania kompozycji kwiatowych - te jesienne, na pierwszy niuch są zdecydowanie za ciężkie.

Zapytam z ciekawości: jaki macie stosunek do okadzania się latem?

M.
Czytaj dalej »

17.7.13

Mojito i upały

Don't get me wrong. Kocham lato. Ale temperatura +20st. to nie jest to co ciężarówki lubią najbardziej, więc chyba pierwszy raz w życiu nie mogę doczekać się jesieni. 

Póki co, ratuję się poniższym zestawem:


1. Softening facial mist, Sephora - odświeżająca woda z ekstraktem z lotosu. Odświeżenie jest, wielkość jak najbardziej torebkowa, cena przyzwoita (15 zł/75 ml), sprejuje na raz tyle ile trzeba, nie rozmazując makijażu i nie urywając głowy.  

Ale... użyłam jej dzisiaj w obecności Małża. Małż wciągnął powietrze, zrobił wielkie oczy, po czym uprzejmie zapytał, dlaczego psikam twarz muchozolem :P Zapach tej wody jest kompletnie do niczego, mi kojarzy się ze środkiem na komary. You know what I mean. Na szczęście błyskawicznie się ulatnia, więc spokojnie będę w stanie zużyć do końca.

2. Chłodzący krem na opuchnięte i zmęczone nogi (bo Majtki Rambo) - na szczęście mnie dotyczy raczej zmęczenie niż puchnięcie. Tutaj dla odmiany wali mentolem, ale grunt, że działa i przynosi ulgę.

3. Dezodorant w chusteczce Deo Soft i Deo Fresh, Cleanic - w zasadzie różnią się tylko zapachem (mi bardziej odpowiada wersja Soft). Fajna rzecz, również siedzi na stale w mojej torebce. Nabyłam po 3,99 zł / paczka (12 sztuk).



Generalnie konam. Poza upałem wykańcza mnie nadmiar zajęć i konieczność ciągłego biegania do toalety :P 

Hope you're having more fun these days ;)

M.
  

Czytaj dalej »

16.7.13

Mała rzecz, a cieszy / Spin pins

Czyli wkrętkowe spinki-pinki do włosów :)


Lubię tak - w nieładzie i nieskładzie, z kosmykami uciekającymi spod właściwego upięcia. Zapomniało mi się tylko, że aktualnie a) mam zaombrowane włosy, więc zbliżanie końcówek do okolic skóry głowy daje rażący kontrast b) łysieję c) kłaczki rosną wolniej niż kiedyś, toteż moje wyobrażenie o ich długości nie do końca pokrywa się z rzeczywistością :P

Ale i tak powiem Wam tyle: wkrętki są GENIALNE!

  • Nie szarpią, nie wyrywają i nie ciągną włosów
  • Są bajecznie proste w obsłudze: wkręcamy jedną od góry koczka, drugą od dołu et voila! Podobnie łatwo jest je usunąć. Tylko odwrotnie :P 
  • Jedna (!) spinka-pinka jest w stanie porządnie utrzymać moje resztki włosiąt w uprzednio ukręconym zawiniątku. Dwie powinny dać radę kiedy stan skalpu wróci do normy
  • Można zupełnie dowolnie kombinować z posadowieniem koka - na górze, na dole, z boku... Wszędzie się trzyma 
  • Spin pins kupiłam przez Allegro za 1,20 zet / sztuka


Cud, miód i orzeszki. Nawet jeśli tymczasem wylazły mi końcówki ;) 

Zaciekawionym polecam wypróbować :)

M.
Czytaj dalej »

Mama na bis / Wielkie odliczanie

Bycie mamą na bis ma swoje zalety, na przykład wiem dokładnie jakim produktom mogę zaufać, jeśli chodzi o pielęgnację Malutkiej i moją własną :) 

A stawiam na Mustelę.


1. Żel myjący do włosów i ciała - wielkie opakowanie z pompką, zakupione w dwupaku


2. Chusteczki - okazało się, że kupowane przez internet stoją cenowo lepiej niż pierwotnie zamierzona Nivea Baby 


Zasadniczo jeśli chodzi o pielęgnację malucha na niższe półki cenowe zejdę po jakimś roku. Na początek ma być bezpiecznie, bez podrażnień i uczuleń, i wiem, że Mustela spełni moje oczekiwania. Koszty starałam się ciąć polując na Allegro, ceny w aptekach są momentami naprawdę skandaliczne. 

3. Żel poporodowy do ciała i maść... ułatwiająca karmienie ;) bez potrzeby zmywania 


Temat powrotu do ludzkich kształtów ma u mnie wysoki priorytet, szczególnie, że nie planuję więcej potomstwa, a do tego zbliża mi się trzeci krzyżyk :P Doświadczenie po poprzedniej ciąży przyda się tu jak znalazł. Wiem na pewno, że trzeba się jak najszybciej wziąć w garść. 

Oraz że  przy noworodku jest to praktycznie niewykonalne ;)

Na dokładkę - gadżet. 

Poprzednim razem nie zaopatrzyłam się w suszarkę do butelek. Owszem, przeżyliśmy jakoś to niedopatrzenie, jednak tym razem postanowiłam ułatwić sobie życie niewielkim kosztem kilkunastu złotych...




A poza tym listkowy dizajn podbił moje serce :)  

Dzisiaj porzuciłam oficjalnie pracę zarobkową i rzucam się w wir noworodkowych przygotowań. Nie mogę się doczekać, zarówno mojej małej jak i rozpoczęcia pracy nad powrotem do formy :)

Zostało równo 8 tygodni. Czas start.

M.

Pe eS. Lushową maseczkę dostanie ode mnie Caruza.
Poproszę jeszcze tylko o adres do wysyłki :)
Czytaj dalej »

13.7.13

Preview: jesień u OPI, CG i Essie

Post z gatunku czysto informacyjnych, bo nie wiem, czy już wiecie :)


Essie, For the Twill Of It


OPI, San Francisco Collection



China Glaze, Autumn Nights

Źródło
Swatche do wyszperania w sieci, nie będę Wam psuć całej zabawy ;) 

Po obejrzeniu doszłam do wniosku, że w gruncie rzeczy kolory są do siebie dość podobne,  szczególnie w przypadku obszerniejszych limitek OPI i CG. 

Czarnym koniem, na którego tej jesieni stawia cała "wielka trójka" będzie obecny we wszystkich trzech kolekcjach benzynowy, fioletowo-szmaragdowy duochrom (For the Twill od It, Peace & Love & OPI i - chyba - CG Rendezvous With You).

Co Wy na to?

M.


Czytaj dalej »

12.7.13

Coś dla Was :)

Świeże maseczki Lusha mają to do siebie, że można je dostać w zamian za zwrot do sklepu pięciu pustych opakowań po Lushowych produktach, i że szybko się przeterminowują :) 

It would only be fair to share!


Tym razem wybrałam sobie Brazened Honey (o której poczytać możecie tu). Jak na razie, jej działanie  pozostaje dla mnie tajemnicą. Termin przydatności do spożycia, tfu, użycia mija 28.07. i z doświadczenia (o którym Wam nie opowiadałam) wiem, że nie ma co próbować naciągać dealine'u lushowych produktów, które konserwantów zawierają mało lub wcale. 

Nie zamierzam również ani nakładać maseczki codziennie, ani się w niej kąpać. W związku z tym, 1/3 maseczki pojedzie do chińskiego ochotnika :)

Osoby chętne do testów proszone są o:

1. Publiczne zaobserwowanie bloga i/lub zafolołowanie Mojito na Bloglovin'
2. Zostawienie miłego komentarza pod niniejszym postem :)

Termin zgłoszeń upływa w najbliższą niedzielę o 24.00 (rzecz jasna, goni nas czas!), ochotnika wybiorę w poniedziałek. ---> KONKURS ZAKOŃCZONY <--

W ramach inspiracji do komentarzy pochwalę się Wam jeszcze, że dostałam się właśnie na studia doktoranckie, co z dawien dawna było moim (mało) skrywanym marzeniem :D

Deszczowe pozdrowienia,

M.


1. Konkurs jest organizowany przez autora bloga rumsugarlimemint.blogspot.com, który jest jednocześnie sponsorem nagród.  
2. Zgłoszenie do konkursu jest równoznaczne z wyrażeniem zgody na przetwarzanie swoich danych osobowych zgodnie z ustawą o ochronie danych osobowych (Dz.U. Nr 133, poz. 883).
3. Konkurs nie podlega przepisom ustawy o grach i zakładach wzajemnych (Dz. U. z 2004 r. Nr 4, poz. 27 z późn. zm.).



Czytaj dalej »

10.7.13

Pożegnania / Clinique Color Surge & High Impact Eye Shadows

Czyli to, co dobre musiało się skończyć - choć oficjalnych informacji o odwrocie brak...

Do tych cieni mam przede wszystkim ogromny sentyment, bo były to pierwsze kolorowanki naoczne jakie pojawiły się w moim życiu :) Było to lat temu trochę, i do dnia dzisiejszego uzbierało mi się kilka zestawów, które nadal lubię przeogromnie. I nie tylko ze względu na miłe wspomnienia :)


Paletki występowały jako jedynki, dwójki, trójki (nie posiadam) i czwórki, zawierające cienie o różnych wykończeniach (Super Shimmer, Shimmer, Velvet, Matte i chyba coś tam jeszcze)

Clinique Color Surge Eyeshadow (soft shimmer) - kol. 269 Black Orchid 


Clinique High Impact Eyeshadow Duo - kol. 02 Two To Tango


Clinique Color Surge Eyeshadow Quad - kol. 110 Plum Seduction


Palety z sześcioma cienami dostępne były w dużych zestawach kosmetyków oraz w liniach limitowanych. Zawierały miks kolorów wybranych spośród dostępnych w stałej ofercie palet 1-4 

Paleta z zestawu świątecznego - tu trafiłam na swój absolutnie ukochany fioletowy cień wszechczasów (to ten, po którym nie został nawet ślad :) 


Paleta z letniej kolekcji 2010 pt. Brandied Bronze - tam na dole widać TEN fiolet


Ponadto, czwóreczki w wersji kwadratowej lub prostokątnej dostępne były w małych zestawach Clinique. Tutaj również zestawienia mieszane. Takie paletki mają zazwyczaj plastikowe, bardziej urozmaicone graficznie opakowania i łatwo je dostać np. na ebayu za naprawdę niewielkie pieniądze: 





Skąd przekonanie o ich wielkości?

- są to cienie z gatunku "miękkich" - łatwe do nałożenia niewprawną ręką (stąd miłość na etapie nauki malowania gau), łatwe do stopniowania i łączenia.

- trwałość - siedzą na powiekach bez bazy kilka godzin (o bazie w czasach moich makijażowych początków nawet nie słyszałam :P), po czym - przyznaję - zaczynają się rolować. W czasach współczesnych użycie podkładu niweluje problem.

- nie drażnią - co dla mnie jako osoby na codzień zasoczewkowanej jest bardzo ważne.

- dość duży wybór kolorów - może nie tak oszałamiający jak np. MAC, ale mi do szczęścia wystarcza nieskończona ilość brązów oferowanych przez Clinique.

- ładny dobór kolorów w zestawach - nawet w przypadku szóstek wszystko do siebie idealnie pasuje, nie ma opcji pt. wykorzystam 1-2 cienie, a reszta mi zostanie.

- trwałe, "metalowe" ;) opakowania - jedna z widocznych na zdjęciu szóstek po prostu mi spadła, ukruszywszy zawiasik przy wieczku, jednak poza tym, mimo że prawie zawsze podróżuje ze mną przynajmniej jedna paleta, a jedyne, czego dorobiła się moja kolekcja to kilka rys.

- cena średniopółkowa czyli czemu się czasem nie skusić, skoro wiem, że są dobre ;)

Skąd przekonanie o zakończeniu produkcji? 

Ano na stronie Clinique są już dostępne tylko marne niedobitki cieni. W polskim Douglasie można je dostać na wyprzedaży, oznaczone jako wycofane ze sprzedaży. Jeśli jednak nabierzecie ochoty na spróbowanie, całkiem niezły wybór w smacznych cenach oferuje niezastąpiona Truskawa, do której zapewne odwołam się niebawem celem zrobienia zapasów :) Pozostaje mieć nadzieję, że to tylko chwilowy odwrót Clinique od tradycyjnych, "proszkowych" cieni (vide oczne Chubby Sticki i cienie w kremie z antyoksydantami), zapowiadający jakąś nową rewelację ze strony producenta.



Macie jakiś "sentymentalny" kosmetyk?

M.

Pe eS. Chciałam jeszcze raz podziękować za liczny udział w ostatnim rozdaniu, którego wyniki ogłosiłam wczoraj. Bardzo mi miło, że do gronka dołączyły nowe, sympatyczne czytelniczki :)

Jednocześnie uprzejmie informuję, iż osoba, która zaobserwowała blog tylko na czas i potrzeby rozdania zostaje wykluczona z kolejnych organizowanych przeze mnie konkursów.
Czytaj dalej »

9.7.13

Wyniki rozdania :)

Czyli paczkę kosmetycznych dobroci otrzyma ode mnie:



Serdecznie gratuluję i proszę Cię o podanie danych do wysyłki na mój adres email w ciągu 7 dni od dziś.

Wszystkim bardzo dziękuję za udział i z góry zapraszam na kolejny konkurs (any time soon ;)

M.
Czytaj dalej »

A miało być tak pięknie... / Revlon Colorburst Lip Butter

Czyli Obsession jest czarownicą ;)
 

Przygodę z masełkami Revolnu rozpoczęłam jesienią, wybierając wtedy nietypową jak na mnie czerwień pod nazwą Candy Apple. Jako że na czerwień potrzebuję mieć specjalny, czerwonoustny nastrój, moje usta nie widywały się z masełkiem zbyt często. 

Wszystko zmieniło się kilka tygodni temu, kiedy obejrzałam "nowe" (czytaj: wiosenne, ale zauważyłam je dopiero wczesnym latem) kolory masełek i z czterech wybrałam sobie dwa, Juicy Papaya i Pink Lemonade. Przekładając na nasze - Papaya to błyszczący koral, Lemoniada blady róż, który u mnie daje efekt "różowego nude", gasząc moje naturalnie dość czerwone usta.




Juicy Papaya

Pink Lemonade

Początkowo był zachwyt - co do idealnie wypośrodkowanego stopnia krycia (niezbyt mocny, ale jakiś kolorek jest) i niewysuszanie ust. Nota bene, nie nazwałabym masełka nawilżającym, bo próba nałożenia go z marszu na niewygładzone usta dała wynik podkreślenia wszystkich skórek i farfocli, jakie się dało. Jednak po przeprowadzeniu szybkiego remontu, było nam - szczególnie mi i Lemoniadzie - jak w masełkowym niebie.

Do czasu, aż Obs napisała w komentarzu, że się łamią i rozmazują :P

Rozpoczęło się niewinnie, od osiadania masełka na skuwce. Co jest brudzące i wkurzające, ale jeszcze do przeżycia. 


Jednak gdy upały walnęły w 3miasto ze zdwojoną mocą, pewnego dnia, wyciągnąwszy namiętnie używaną przeze mnie Lemoniadę z torebki ujrzałam potworny widok...



Cóż mogę rzec. Nie wywalę, bo lubię. Obecnie pomagam sobie pędzelkiem bądź palcem wskazującym, jednak mierzi mnie to niezmiernie, ponieważ masełka pokochałam również za możliwość aplikacji bez dodatkowego sprzętu w postaci lusterka i aplikatorów. 

Co mi pozostało? Chyba jedynie poszukać czegoś w odcieniu Lemoniady u innych producentów (wszelkie sugestie mile widziane). Albo zarezerwować masełka tylko na dni, kiedy temperatura nie przekracza 20st. 

__________________  

Dougie obdarował mnie niedawno próbką. Rzadko korzystam z tego dobrodziejstwa, przeważnie trzymam długo po to, żeby wyrzucić do kosza :P Tym razem stało się inaczej i dobrze! Myślę, że znalazłam świetny zastępnik mojego obecnego kremu na noc (choć nazwa Hydro-Siero nie ma nic wspólnego z wieczorem, jak sugeruje angielskie tłumaczenie nazwy na opakowaniu :P), który od jakiegoś czasu wkurza mnie stale rosnącą ceną. 


Więcej o nim jak już dorwę się do pełnej butli :D

Pe eS. Dobrze wrócić do żywych i wirtualnych - cały zeszły tydzień walczyłam z przeziębieniem, co w ciąży jest mocno utrudnione... Oby ostatnie dwa miesiące minęły mi bez podobnych rewelacji :P

Pe eS 2. Wyniki rozdania ogłoszę dziś późnym wieczorem :)

M.
Czytaj dalej »
 
Copyrights 2016 Late Afternoon Coffe