27.4.13

2013: Odyseja Kosmiczna / China Glaze Galactic Grey

Mam dzisiaj taki dzień, że po prostu OMG, niestety, niezupełnie w sensie pozytywnym... Mam teorię, że to wszystko przez brzydką pogodę, którą raczy nas w 3mieście sobota :P Nie tracąc nadziei, pakuję powoli manatki by jutro wybyć na tygodniowy wypoczynek za miasto :) A Wam zostawiam lakier, nad którym warto chwilę podumać, ponieważ - jak już zdążyłam wspomnieć - it's on the though side.


Uważam tak, bo:


- ZA SZYBKO schnie. Tak, jest to możliwe i bardzo utrudnia malowanie. W zasadzie pierwsza warstwa jest zawsze "do kosza", pardon, do pokrycia kolejnymi. Ile razy się nie starałam, zawsze na początek wychodzą mi znienawidzone farfocle... 

- ciężko wyczuć, jaka ilość lakieru na pędzelku będzie właściwa. Podpowiem tyle, że musi to być nie za dużo i nie za mało :P

- lakier wymaga nawierzchni niczym ta na niemieckiej autostradzie. Wszelkie nierówności płytki są straszliwie widoczne (dla wprawnych oczu widoczne na moich zdjęciach) i dokładanie warstw nic tu nie pomoże :/

- efekt holo jest znikomy, przynajmniej jak na moje oczekiwania. Najbardziej uwidacznia się w silnym dziennym świetle, jednak zarówno Galactic Grey jak i pozostałe kolory z kolekcji Hologlam są w przeważającej części ciemne i moim zdaniem dużo bardziej nadają się na sezon jesienno-zimowy (kiedy to z kolei mocnego słońca raczej brak :P). Bez nadmiaru światła Galactic Grey to taki zgaszony szaraczek, któremu czasem tęczowo błyśnie oko ;)








Czy warto, niech każdy odpowie sobie sam :)

Pe eS. Flash konkursy - jak ten z ostatniego postu - będą pojawiać się częściej, o różnych porach dnia. Tymczasem jeszcze raz gratuluję Pani Skeffington :)

Do napisania,

M.
Czytaj dalej »

26.4.13

Prawdziwy guru! / Kto pierwszy...


Czujecie już zapach weekendu? Ja jak najbardziej, mimo że dziś pogoda zdecydowanie nie dopisuje. Będąc jednak optymistycznie nastawiona do zbliżającej się majówki, zrobiłam wczoraj filtrowe zakupy - polecam przyjrzeć się ofercie SuperPharm, obecnie jest wiele zniżek na kosmetyki słoneczne Lirene, Pharmaceris, Vichy, itd.

Jednak póki co, chciałabym z tego miejsca opowiedzieć trochę o moim ostatnim Lushowym odkryciu, jakim jest Handy Gurugu...


  
... czyli bardzo bogaty krem do rąk, którego próbkę dostałam przy ostatnich zakupach, i który teraz po prostu musiałam zamówić w wersji pełnowymiarowej.

Właściwie nazwałabym ten produkt masłem do rąk - taką właśnie ma konsystencję. Mimo to, bardzo przyjemnie rozpływa się w... dłoniach :P Tłuści, jednak warto dać mu kilka minut na wchłonięcie (ja najczęściej nakładam go na noc). Dłonie po użyciu są rewelacyjnie miękkie i nawilżone. Krem świetnie pielęgnuje skórki, łagodzi podrażnienia i zaczerwienienia. Z uwagi na to, że od jakiegoś czasu nie kupuję kremów do rąk usiłując zużyć wszelkie zapasy drogeryjne, moje dłonie już daaaawno nie zaznały takiego luksusu. 



Mimo że nie od kremu do rąk nie wymagam więcej, niż powyżej, nie mogę nie wspomnieć o zapachu Handy Gurugu - dla mnie to lawenda z rumiankiem, podbita odrobiną róży. Kojarzy mi się z czystą pościelą, świeżymi ręcznikami, itp. - you know what I mean ;) Pachnie intensywnie i - nie ukrywam - chwilę go czuć, lepiej więc, żeby użytkownikowi przypadł do gustu.

Ingrediencje:



Mój 100-gramowy kubełek kremu kosztował w przeliczeniu niecałe 60 zł. Jeśli jednak macie ochotę wypróbować go za darmo, here's the chance!

Z okazji wiosny i ładnej pogody, mam dla Was mały podarunek:



Otrzyma go ta z DOTYCHCZAS obserwujących mój blog osób, która pierwsza wyrazi chęć przygarnięcia powyższego giftu w komentarzu pod tym postem, czym jednocześnie zobowiąże się do napisania recenzji kremu na swoim blogu po zużyciu próbeczki :)  I już.

Czas start ;)

M.
Czytaj dalej »

23.4.13

Sephora Twinkle Light Eye Pencil

Kręcąc się jakiś czas temu po Sephorze zupełnym przypadkiem (serio) wpadłam na wiosenną limitowankę Pastel Pop. Bez szczególnego przekonania pomacałam wszystko, by na koniec wpaść jak śliwka w kompot. Moje odkrycie nazywa się Twinkle Light Eye Pencil, kol. Twinkle gold. 




Mimo nazwy, sam kolor ze złotem wiele wspólnego nie ma - jest idealnie cielisty i zarazem mocno błyszczący, nie są to jednak brokatowe "drobiny z choiny"...

Twinkle gold naskórnie - góra światło naturalne, dół - sztuczne
Od razu na miejscu wpadłam na pomysł, żeby zaaplikować sobie znalezisko na linię wodną, co też niezwłocznie uczyniłam, i był to dla mnie efekt WOW. Błyszczący pisak (kredka jest wysuwana "automatycznie") rozświetla i ożywia spojrzenie, a przy tym otwiera oko o niebo lepiej niż używane przeze mnie do tej pory jasne, kremowe odcienie.

 


Bez i z, jednocześnie marszczę się trochę na słońce ;)
Więcej plusów? 

Kredka jest miękka, a jednocześnie umożliwia precyzyjną aplikację. Do tego poraziła mnie jej trwałość - bez żadnych specjalnych zabiegów wstępnych trzyma się oka od rana do wieczora, a w końcu - heloł! - mówimy o linii wodnej! 



Kredka dostępna jest też w innych kolorach, jednak tylko ta ma moim zdaniem w sobie coś wyjątkowego. Kosztuje 39 zł i jest absolutnie warta swojej ceny. Kto może, niech poluje, bo zdaje się, że wpadła mi już gdzieś w oko na sieci limitowanka letnia (i to chyba z automatu oznacza wycofanie poprzedniej...? nie znam się, correct me if I'm wrong).

Nawiasem mówiąc, jeśli chodzi o pozostałe kosmetyki z kolekcji Pastel Pop, to nie odbiły się one zbyt szerokim echem w blogosferze. Po zmacaniu produktów nawet się nie dziwię. Puder i lakiery to nic specjalnego, za różami w sztyfcie nie przepadam, kredka do ust - na wzór popularnych ostatnio"grubasów" od Clinique i Revlon - strasznie świecąca i klejąca, paleta cieni nie porywa - zestaw jest oklepany, i kto lubi takie kolory na pewno już je ma. 
 
Źródło: Internet
Ale może się mylę, i jest tu ktoś, komu Pastel Pop bardziej przypadł do gustu?

Pe eS. Macie już plany na wakacje? Ja właśnie się mocno zastanawiam nad kierunkiem :D

M.
Czytaj dalej »

22.4.13

Chiński Smok

Wiem, że obiecałam, ale nie jestem w stanie - lakiery holograficzne z przedostatniej (tj. przed-teksturowej) kolekcji China Glaze jednocześnie przerosły moje umiejętności w zakresie fotografii jak i kompletnie nie doskoczyły do moich oczekiwań. Nie byłam w stanie wytrzymać w żadnym nawet jednego dnia... Ale o tym opowiem niebawem, niech no tylko trochę opadną emocje.

Tymczasem przesiadłam się na kolejny, przedostatni już w moim zbiorku lakier z kolekcji Avant Garden - czyli paleta Brights i Snap My Dragon (nie wiem więc do końca, smok, czy może lew*?)- piękna, żywa czerwień z delikatnym perłowym shimmerem :P, który daje "to coś", co nazwałabym lekką, niedopowiedzianą perełką.

Ogólnie czerwień na moich paznokciach to rzadki motyw - pojawia się tylko wtedy, gdy mam bardzo dobry humor, poziom pewności siebie osiąga zenitu i ogólnie czuję potrzebę zamanifestowania własnej osoby światu. Czerwone paznokcie uważam za szalenie przyciągające uwagę, zdecydowanie nie jest to wybór na "dni szarego dresu" (bo i takie miewam, jak pewnie każda kobita).

Z tego względu jedyną lakierową czerwienią w moim posiadaniu była do tej pory Inglotowa 945-tka, czyli ciepły, karminowy krem. Od chińskiego smoka w butelce nie różni się PRAWIE wcale...

China Glaze Snap My Dragon / Inglot nr 945
Jak jednak wiemy, prawie robi różnicę :)

Wspomniany shimmer ożywia paznokcie, sprawia, że kolor skręca mocniej w róż, w pełnym świetle jest jakby... radośniejszy? Można tak w ogóle powiedzieć o lakierze?  

W świetle słonecznym: od lewej 2x945 / 2xSnap My Dragon

Od lewej: 2x 945 / 2x Snap My Dragon

Od lewej: 2x Snap My Dragon / 2x 945
Snap My Dragon obwołuję niniejszym moją czerwienią na wiosnę (lato?), jednocześnie pozostawiając 945 na spokojniejszy sezon jesienno-zimowy. Nie ma co rozwodzić się nad aplikacją, czy innymi cechami - wszystko jest bezbłędne. Zdecydowanie polecam. 
Pit crew :)
Lubicie/nosicie czerwone szponki?

Baci,

M.

Pe eS. Po ostatnim pobycie Małża w Szwecji stałam się bogatsza o nowy, fantastyczny produkt Lusha. Nie ma siły, żebym o nim nie opowiedziała, na dodatek będzie mała niespodzianka... Ogólnie zapowiada się fajny tydzień, niech no tylko dalej świeci słońce :) 

*Dla mniej wtajemniczonych - Snapdragon to po polsku... lwia paszcza :D

M.

Czytaj dalej »

18.4.13

Wanna see?

Czyli krótka przechwalajka na temat pewnej paczuszki...


To ja idę malować :)

M.
Czytaj dalej »

Korres i misja specjalna

Jest taka zasada, że w makijażu nie chodzi się spać. Właściwie jej złamanie do grzech śmiertelny dla każdej dbającej o dobrobyt własnej cery kobiety, i za to, co zamierzam Wam za chwilę zaproponować strona z niniejszym wpisem powinna wręcz odmówić ładowania :)

Mianowicie - jeśli szukacie sposobu, by wieczorową porą podkreślić seksapil (a nie wierzycie w wynalazki typu krem unoszący cyc), polecam maznąć usta błyszczykiem Cherry Lip Gloss marki Korres. A potem można po prostu iść spać.

Słowo daję. 

Maznęłam się kiedyś leżąc w łóżku bo 1. wyschły mi usta 2. nie chciało mi się wychodzić z wyrka 3. pod ręką walała mi się tylko tubka wspomnianego błyszczyku (zazwyczaj wszystkie nowo zakupione mazidła rozpakowuję i oglądam w sypialni, bo w zasadzie tylko tam mam względy spokój i chwilę dla siebie :)
 


Rano usta były mięciutkie i doskonale nawilżone. Cóż mogę rzec - oniemiałam. Do tej pory szczytem moich wymagań co do błyszczyków było to, żeby nie wysuszały - NIE CIERPIĘ mieć suchych/spierzchniętych/popękanych ust, dlatego też Korres wprawił mnie w autentyczny zachwyt. Podejrzewam, że właśnie o to chodzi w tym całym wiśniowym olejku - albo może to zasługa czegoś innego z niżej wskazanych...

Ingrediencje: Polybutene, Hydrogenated Polydecene, Synthetic Wax, Silica, PVP/Hexadecene Copolymer (VP/Hexadecene Copolymer), Octyldodecanol, Hydrogenated Jojoba Oil (Simmondsia Chinensis (Jojoba) Seed Oil), Anise Alcohol, Aroma (Flavor), Ascorbyl Palmitate, Citric Acid, Lauryl PCA, Lecithin, Phenoxyethanol, Prunus Avium (Sweet Cherry) Seed Oil, Prunus Cerasus (Bitter Cherry) Seed Oil, Tocopherol, Calcium Aluminum Borosilicate, Synthetic Fluorphlogopite; (+/- (May contain): CI 15985 (Yellow 6 Lake), CI 45410 (Red 28 Lake),CI 77491 (Iron Oxide), CI 77492 (Iron Oxide), CI 77499 (Iron Oxide), CI 77891 (Titanium Dioxide).

Jak widać olejek w składzie gdzieś tam jest, co jednak ciekawe - wiśnie czuć w zapachu błyszczyku. Jest to jednak woń nienachalna i niesztuczna. Osobiście, jako osoba o wybrednym zmyśle powonienia, nosem nie kręcę.

Mój kolor to Beige. Nie zaskoczę Was określając go jako... beż :P Jest jednak dość subtelny, mam wrażenie, że każdy odcień z całkiem sporej gamy na ustach będzie wyglądać mniej więcej tak samo (wniosek wyciągnęłam po umazaniu się po łokieć we wszystkie dostępne odcienie w Sephorze).



Ostatnia sprawa - jeśli przypadkiem ktoś po przeczytaniu moich słów napali się na zakup, koniecznie zajrzyjcie na stronę Truskawki - tam dostaniecie go za połowę ceny sugerowanej w Sephorze ;) A do tego obecnie, do 23.04. trwa promocja na kolejne -10% na wszystkie produkty do makijażu. Gorąco zachęcam.

Kyssar,

M.

Pe es. Jeśli ktokolwiek pamięta - makijażówka Korres trafiła do mnie w listopadzie 2012, więc w ramach wiosennych porządków na blogu (czytaj: dotrzymywania popełnionych niegdyś postowych obietnic) w najbliższym czasie opowiem Wam o pozostałych produktach. Zapewniam, że jest o czym, więc... Stay tuned!

 
Czytaj dalej »

15.4.13

Just another Aussie post / 3 Minute Miracle Conditioner

Odpaliłam dzisiaj wiosenne porządki - pachnę mydłem marsylskim (mój numer 1 w kategorii płyny do podłóg), pęka mi krzyż od odkurzania najzakamarczniejszych zakamarków, ale w głębi duszy muszę przyznać, że robota tego typu z okazji pokazania się słońca tylko mnie uskrzydla :)

Na tej kanwie oczywiście dogrzebałam się mnóstwa opakowań / kosmetyków, o których nie było - a być powinno. Z okazji wysypu postów na temat Aussie, które zadebiutuje w maju w Rossmanie - kilka słów o kultowej 3 Minute Miracle - w 100% obiektywnie, gdyż w żadnym marketingowym meetingu z okazji premiery udziału brać nie miałam przyjemności.



Odżywkę kupiłam kiedyś zupełnym przypadkiem na Allegro - ot, przy zakupie jakiegoś niezbędnego mi do życia kosmetyku (ain't ALL of them necessary?) u tego samego sprzedawcy przy okazji nabyłam fioletową tubkę odżywki bez spłukiwania, o której coś tam gdzieś tam kiedyś tam przeczytałam (prawdopodobnie było to źródło wszelkiego zła, czyli blog Urbanka :P). Skończyła mi się wczoraj, po ok. pół roku nakładania raz na tydzień.

Dla jasności - o włosy lubię dbać na szybko, odżywki bez spłukiwania używam od wielkiego dzwonu. Jednak, co muszę przyznać - 3 minutki z Aussie to rewelacyjna kuracja dla włosów, która:

- ma fajne, praktyczne opakowanie - tuba jest miękka, po ściśnięciu z dziurki na dole wyciskamy tyle kosmetyku ile dusza zapragnie et voila (zasadniczo, to dziurka kojarzy mi się... dziwnie, ale pomysł jest naprawdę genialny. Nazwijmy ją więc aplikatorem :)
- jest gęsta, więc nie spływa z włosów szybkim glutem, tylko spokojnie trwa na posterunku co najmniej 3 minuty

Aplikator :) i odżywka we własnej osobie
- przydaje włosom połysku, miękkości, oraz - śmiem twierdzić - odrobinę objętości
- nie obciąża
- nie skraca okresów pomiędzy myciami ;)
- w moim pojęciu - jeśli ma kosztować do 30 zł - jest opłacalna, tym bardziej, że to naprawdę demon wydajności

Tak więc, moje panie, ja ze swojej strony odżywkę bardzo polecam, i cieszę się, że wkrótce będę ją po prostu mogła nabyć w Rossmanie, a przy okazji chętnie wypróbuję inne produkty tej marki.

Ok. To teraz wracam do mopa ;)

M.

Pe eS. O tej odżywce mówi się, że to silikonowa bomba, i faktycznie - tak jest. Jeśli macie z tym jakiś ideologiczny problem, zdecydowanie odpada (ja w przypadku produktów do włosów akurat nie mam).

Pe eS 2. Okropnie drażnią mnie slogany reklamowe użyte w Polskiej kampanii (Chcesz więcej od życia? Zacznij od włosów!) - w ogóle nie pasują mi do produktu, w dodatku brzmią jakby były koślawo skalkowane z angielskiego (brrrr...). Ale to już uwaga zupełnie na marginesie ;)



Czytaj dalej »

12.4.13

Mojito nocą

Ciężkie jest życie "ciężarówki" - w tym roku odwołuję zakupowe szaleństwa związane z nadejściem upragnionego wiosennego sezonu, bo nie widzę zbyt wielkiego sensu w kupowaniu stosu ciążowych ciuchów.

Still, that does not keep me from splurging on shoes! :D

Waham się zatem, czy...

...jak w Londynie:

Źródło

Czy może jednak:

...jak w Salt Lake City:

Źródło
Ostatecznie, muszę skorzystać, zanim znów zacznę wszędzie taszczyć ze sobą wózek! ;)

CU soon,

M.
Czytaj dalej »

9.4.13

Na rozgrzewkę

Choć właściwie rzutem na taśmę, bo to co widać na zdjęciach, to m. in. najprawdziwsze wiosenne słońce, sugerujące nieśmiało, że niedługo rozgrzewka nie będzie już nikomu potrzebna :D Natomiast zasadniczo chciałam pokazać Wam moje ulubione maski rozgrzewające:


 Generalnie przeznaczone są raczej do cer tłustych i problemowych - nie posiadając takiej nie stwierdzę, czy stanowią remedium na wszelkie twarzowe kłopoty, za to jedno jest pewne: dla mnie nie ma przyjemniejszego i bardziej dogłębnego oczyszczenia twarzy niż rozgrzewająca glinka :)

1. Maseczka Rozgrzewająca Czysta Skóra, Garnier



Absolutny numer 1: czyści, zwęża pory, usuwa czarne kropki (bleeee). Ma fenomenalny, jaskrawoniebieski kolor, a więc jej użycie zawsze wywołuje zachwycone okrzyki mojego dwuletniego potomka :) Rozgrzewa bardzo mocno, po zmyciu mam lekko zaczerwienioną buzię, natomiast nie ma żadnych nieprzyjemnych odczuć z tego tytułu. Na zdjęciach nowe, zapasowe opakowanie - są to dwie (bardzo obfite) porcje maseczki, za które trzeba zapłacić ok. 7-8 zł. Dla mnie do przyjęcia. 

Ingrediencje:


2. Warming Mineral Mask, TBS


Mój pierwszy rozgrzewacz z TBS. Zachęciła mnie głównie forma tuby, w której maseczka Garniera niestety nie występuje (i to jest jedyny zarzut, jaki mogę wysunąć w jej kierunku). Tutaj za 49 zł dostajemy 100 ml rozgrzewającej białej maseczki - nakładamy tyle ile uważamy za stosowne, a resztę odstawiamy na później. Proste. 
Ingrediencje: 


Maska ma dużo gęstszą konstystencję niż mazidło Garniera. Jest wręcz lepka i ciągnąca się, za czym nie przepadam. As a matter of fact, jest tak gęsta, że ciężko ją wycisnąć z tubki, co również wkurza. Jeśli chodzi o działanie, występuje ;) jest jednak dużo słabsze niż Garniera. Do zużycia, jednak nie koniecznie do ponownego zakupu, albowiem niedawno odkryłam...

3. Seaweed Ionic Clay Mask, TBS



Maseczki "saszetkowe" są w TBS nowością - oprócz Wodorostowej można wypróbować również Herbacianą, Witaminową E i C :P Koszt: 7,90 zł / 6 ml (maseczki są jednoużyciowe).

W zasadzie nikt nigdzie nie obiecuje, że maseczka Wodorostowa rozgrzewa, jest to jednak niezaprzeczalny fakt. W dodatku mocno i szybko zasycha na buzi (potomek zaniechuje okrzyków, jednak patrzy podejrzliwie). Moim zdaniem jest najbardziej "agresywna" - po zmyciu buzia jest mocno zaróżowiona, i - uwaga - bardzo wrażliwa na dotyk; ręcznik, którym chciałam osuszyć twarz po zmyciu maski zwyczajnie  "bolał mnie w twarz". Niezaprzeczalnie jednak - działa jak szatan. Co najlepsze, jest również dostępna w dużym opakowaniu (plastikowy słoik, odpada więc ewentualny problemy mozolnego wyciskania z tuby).  

Definitely on my shoppping list.

Ingrediencje:


Znacie/używacie/lubicie rozgrzewacze? Jeśli ktoś ma coś do zaproponowania w tym temacie, chętnie posłucham :)

Pe eS. Dzisiaj słucham:

My choice of music makes me think: "God, I'm old..."  ;)


M. 
Czytaj dalej »

8.4.13

Fluo Nails

Podoba Wam się neonowy trend? Mi jak najbardziej, chociaż na pewno nie w wersji total look - odziana od stóp do głów w jaskrawe barwy wyglądałabym jak chora krowa, poza tym nie bardzo widzę zastosowanie takich "stylizacji" :P 

Anyway, z dwóch najpopularniejszych neonowych barw bardziej niż waląca po oczach żółć przypada do gustu pomarańczo-róż, doskonale ożywiający czarno-szaro-białe kombinacje odzieżowe.

A jak wiadomo, paznokcie to świetny sposób na dodanie odrobiny koloru do szarości dnia codziennego :) Przedstawiam Wam moje lakierowe "korale":

Od lewej: China Glaze / Surreal Appeal & Mimosa'a Before Manis, Golden Rose Care + Strong / 223
1. Surreal Appeal

Kremowe koralowe cudo - bez odrobiny przesady, świetnie aplikujący się lakier z kolekcji Cirque du Soleil (nota bene, ich spektakle są moim zdaniem również jak najbardziej godne polecenia). Żywy, skręcający w stronę różu. Mocno zauważalny w pełnym słońcu, którego mam nadzieję doczekamy się niebawem w 3mieście (aaargh!)




2. Mimosa'a before Manis

Kolor piękny, ale to niestety wszystko. Podchodziłam do niego trzy razy. Nie wyszło. Jest potwornie gęsty, za każdym razem bąbluje, schnie w nieskonczoność (właściwie to nie udało mi się nigdy doczekać pełnego wyschnięcia, nawet po potraktowaniu go wszelkimi dostępnymi mi wysuszaczami). Co do odcienia - ten koral ucieka raczej w pomarańcz, jest spokojniejszy niż Surreal Appeal, do tego zawiera delikatny złoty shimmer (zupełnie jak ten w Dutch Ya Just Love OPI?). Niestety - no do :( Na szczęście zupełnym przypadkiem trafiłam na bardzo doń podobny...

Od lewej: Golden Rose Care + Strong nr 223, CG / Snap My Dragon, CG / Mimosa's...


J.w.

3. Golden Rose, Care + Strong nr 223

Kolor jest właściwie identyczny, jedyna różnica to brak shimmeru, co jednak zasadniczo nie ma większego znaczenia (zresztą, oceńcie same). Na plus jest tu cena, aplikacja również bez zarzutu. Za jego sprawą tęsknota za Mimozą nie potrwała u mnie zbyt długo :)

Faktem jest również, że kolor "fluo-koralowy" jest w tym sezonie ogromnie popularny i dostępny u większości producentów. Szukajcie śmiało, ja przedstawiłam jedynie małą próbkę możliwości :)

Pozdrawiam,

M.

Pe eS. Wszystkie noszone przeze mnie lakiery traktuję wysuszaczem antyczipowym Sally Hansen, po czym utrzymują się w idealnym stanie przez 5-7 dni. Komentarz odnośnie trwałości byłby tu zatem zupełnie nie na miejscu ;) 
Czytaj dalej »
 
Copyrights 2016 Late Afternoon Coffe