25.9.12

Konkursiątko :)

Jako, że gronko obserwatorów liczy już całe cztery osoby (dziękuję, że jesteście :D), postanowiłam, że czas na pierwszy mini konkurs :)

Jako, że osobiście nigdy nie mam szczęścia w losowaniach, postanowiłam postawić przed Wami wyzwanie. Łatwe i przyjemne, mianowicie...


Należy zasiąść do internetu i wyszukać jak najwięcej "dupesów" słynnego skądinąd lakieru Chanel Peridot. Lakierowe marki (mogą być z numerami/nazwami, ale niekoniecznie) wymieńcie w komentarzu poniżej tego posta*. W przypadku remisu w liczbie obowiązuje zasada "kto pierwszy, ten lepszy".

Kto znajdzie najwięcej, zostanie przez mnie obdarowany lakierem (jakżeby inaczej) OPI :) Konkurs trwa do 26.09. do godz. 12.00.

Zapraszam serdecznie, również nieobserwujących :)

M.

*Ewentualne anonimy proszone są o podanie w komentarzu swojego adresu email!!!
Czytaj dalej »

21.9.12

Jesienne paznokcie vol. 1

Zrobił Wam ktoś kiedyś lakier na zamówienie? Mi tak! No, prawie ;)

Dumając nad moją kolekcją buteleczek, wymyśliłam jakiego lakieru mi brakuje. Miał być czarny, ale nie taką zwykłą pospolitą błyszczącą czernią, która występuje chyba w każdej lakierowej marce. O nie, potrzebna mi była czerń (nomen omen) "z pazurem", specjalna, inna niż wszystkie. Ot, baba wymyśliła uparła się i... znalazła:




Matowa buteleczka to moim zdaniem chybiony pomysł, bo w ogóle nie widać jakże kuszącej zawartości. Sneak peek dostępny z boku, przez naklejoną metkę:


Ja zwróciłam na niego uwagę dzięki testerowi i bardzo się z tego powodu cieszę :) Jest to lakier z kolekcji półmatowej (Matte Velvet). PÓŁ w nazwie jest kluczowe - połysk występuje, ale jest bardzo delikatny, jakby satynowy:

Światło naturalne
Lampa

Kolor nr 110 to grafitowa czerń z bardzo drobnymi srebrnymi drobinkami. Daje efekt posypania paznokci sproszkowanym grafitem z ołówka lub wypolerowanej łuski ze słonecznika :) 

Jedyny minus - brak możliwości posmarowania paznokci top coatem (niech żyje Good To Go!), niwelujemy w ten sposób efekt półmatu. Co nie zmienia faktu, że lakiery GR są całkiem trwałe same w sobie i dają spokojnie radę bez topa. 

Buteleczka zaopatrzona jest w szczupły, ale bardzo poręczny pędzelek, dobrze się aplikuje, nie ciągnie.  

Me gusta :D

Ogólnie Golden Rose stanowią mniejszość narodową w mojej kolekcji - a szkoda. Są niezłej trwałości, nie gęstnieją i można je kupić w cenie o wiele bardziej przyjaznej niż lakiery Świętej Trójcy (kolekcja półmatowa, o ile pamiętam: ok.12 zł). Chyba następnym razem dokładniej przejrzę asortyment :)

Poniewczasie okazało się zresztą, że "mój" lakier został również wymyślony przez China Glaze. Mianowicie, mam wrażenie (choć na 100% nie wiem, bo nie posiadam), że GR nr 110 ma "dupę" w postaci Stone Cold z kolekcji Hunger Games:


http://thepolishwell.blogspot.com/2012/03/china-glaze-stone-cold.html
Swoją drogą - macie jakiś zgrabny polski odpowiednik na słowo "dupe"???

M.


Czytaj dalej »

18.9.12

Czysto, czyściej... MAC Cleanse Off Oil

Jak się babie nudzi i nie daj Bóg zapuści się ona w czeluście internetu, zawsze znajdzie jakieś dotąd niezbadane (osobiście, natomiast szeroko opisywane przez bywalców) zakątki asortymentu (np. MACa), które przemówią jej do duszy (rozsądek niekoniecznie musi się dopchać).

Moje wycieczki bez przewodnika zaprowadziły mnie jakiś miesiąc temu do letniej wersji bazowych  produktów do pielęgnacji MACa w rozmiarach travel size. 

Ucieszyłam się jak świnia w deszcz (wybaczcie szczerość), bo nie ma to jak wypróbować kosmetyk nie wywalając fortuny na wielką butlę, która potem może i tak wylądować w koszu :D

Chciałam FIX plusa i poniższy olejek w wersji Tranquil (zielony, niby dla większych wrażliwców, a kosmetyki dla wrażliwców lubię... mimo cery normalnej), jednak po telefonie do MACa w Złotych Balkonach wiedziałam już, że z FIX plusa będzie FIGA z minusem, a olejek w rozmiarze mini dostępny jest tylko w wersji "białej".

No to wzięłam...


Na pomysł dodania do wieczornego demakijażu jakiegoś olejowego produktu wpadłam dawno temu, potem pomysł upadł, potem odradzał się ze sto razy. Na dzień dzisiejszy, po miesiącu używania (zeszła mi połowa tej małej buteleczki) muszę powiedzieć, że jest to strzał w 10!

Makijaż schodzi bez większych wysiłków - czytaj bez tarcia twarzy wacikami, szorowania myjkami i innych podobnych zabiegów. Oczy również, chociaż tutaj mam jedno zastrzeżenie, zwane z angielska "cloudy eyes" - nie szczypie, nie boli, tylko tak jakby zamula wzrok na parę minut co jest jednak dość upierdliwe :P Jednak buzia zostaje czyściuteńka. Kilkakrotnie robiłam test białego wacika (zdjęć nie zamieszczam bo... jakby nie ma sensu :), olejek zdaje bezbłędnie za każdym razem :)

Sam w sobie nie pachnie niczym, po nałożeniu na zwilżoną twarz leciutko się pieni. Jednak najlepsze następuje po użyciu, mianowicie...

Jest to jedyny jak dotąd produkt do mycia twarzy, po którym w ogóle nie czuję ściągnięcia twarzy! Cerę mam normalną w kierunku suchej i do tej pory żaden żel, płyn czy tonik (no, może poza osławioną Biodermą) nie mógł obyć się stosowania kremu natychmiast po umyciu twarzy. Macowy olejek nie potrzebuje żadnego towarzystwa.

I za to chyba pozostanę mu wierna :D

Kwestia techniczna: Mamy tu do czynienia z MACową mini-pompką z blokadą. Przydatna rzecz jeśli chodzi o podróże, natomiast jeden minus za małą objętość wypompowanej porcji - żeby wydobyć ilość olejku wystarczającą do umycia twarzy trzeba się trochę namachać...

W roli mistrza drugiego planu - mój ostatnio nabyty Essiak, o którym wkrótce :)


Cena: 42 zł, wersja pełnowymiarowa kosztuje ok. 110 zł. Duża butla ma chyba lepszą pompkę, dam Wam znać jak zakupię, zapewne tym razem w wersji zielonej (której recenzję in English znajdziecie tutaj.)

Tymczasem pozdrawiam serdecznie i idę zamówić nowe maziaje do paznokci :D

M.



Czytaj dalej »

11.9.12

Lush's Angels

Czyli o dwóch zupełnie różnych siostrach z lushowej rodziny :)

Pierwsza to jasna, peelingująca pasta do codziennego oczyszczania twarzy, Angels on Bare Skin...


Pasta jest bardzo łagodna, drobinki ścierające są de facto miękkie. Dzięki zawartości olejków pięknie pachnie - lub odwrotnie: pachnie, więc olejki rzeczywiście tam są :) Na stronie Lusha piszą, że Aniołek oparty jest na średniowiecznej recepturze, nie powiem Wam, ile w tym prawdy, a ile marketingu ;)

Sposób użycia: 1. wydłubać kawałek pasty z pudełka 2. dodać odrobinę wody, tak by zmieniła konsystencję na bardziej płynną 3. przemywamy lico i wycieramy do sucha 4. efekt: świetnie oczyszczona, miękka cera. 

I choć nie wierzę w kosmetyki uniwersalne, biały Aniołek nadaje się do wszelkich rodzajów cer.



Ingrediencje: Migdały, Gliceryna, Kaolin, Woda, Olejek Lawendowy, Płatki Róży, Olejek z Niebieskiego Rumianka, Olejek Nagietkowy, Styraks (rodzaj żywicy), Kwiaty Lawendy (widać na zdjęciu), *Limonene, *Linalool. Jak dla mnie - pycha! Przy czym brak konserwantów powoduje, że produkt musi zostać zużyty w ciągu trzech miesięcy od daty produkcji. I jest to akurat tyle, żeby wykorzystać go w całości, nie ściubiąc zbytnio podczas codziennej pielęgnacji.

Dodam jeszcze tylko, że na zdjęciach oglądacie moją trzecią już puszkę Aniołka, co chyba mówi samo za siebie :)

Czas na przedstawienie Wam drugiej siostry, mrocznej i diabelskiej...

Przed Wami Dark Angel:

(zdjęcie przewrotnie ustawia mi się do góry nogami... jeśli wiecie jak to zmienić, dajcie znać)

Dark Angel to prawdziwy diabeł wcielony. Jest to ostry peeling oparty na węglu. Po pierwszym użyciu miałam wręcz wrażenie, że porysowałam sobie twarz kawałkiem szkła (wrażenie w postaci odczucia wewnętrznego, wyglądałam normalnie ;) Polecam zatem dużą ostrożność i nieśpieszne oswajanie diabła z twarzą.

Teoretycznie Diablica przeznaczona jest do tłustej, problemowej cery. Nie wiem jak z problemami skórnymi, bo tych pozbyłam się już wieki temu nieuchronnie sunąć na osi czasu w kierunku cery dojrzałej. Natomiast moja świecąca się czasem niczym bożonarodzeniowa iluminacja strefa T z pokorą poddaje się działaniom peelingu.


Ingrediencje: Glinka Rhassoul, Olej z Awokado tłoczony na zimno, Gliceryna, Proszek Węglowy, Czarny Cukier, Sodium Lauroyl Sarcosinate, *Linalool, Olejek z Drzewa Sandałowego, Olejek z Drzewa Różanego. Na pewno Wasze kosmetycznie uwrażliwione oko wypatrzyło w składzie Sodium... Nie jest to co prawda to samo, co SLS, jednak konserwant jak się patrzy. Przez niego (dzięki nie mu?) Dark Angel może siedzieć na półce baaaardzo długo. Może i nawet do końca świata. I jeden dzień dłużej. Sprzyja temu dodatkowo konsystencja... kawałka węgla :)

Lush w Polsce, póki co dostępny jest tylko przez Allegro. Jakiś czas temu na stronie Lusha widniało ogłoszenie o chęci wejścia na rynek polski, obecnie go nie ma. Albo więc Lush dotrze do nas już niebawem, albo, niestety wręcz odwrotnie...

Which Angel Are You???

M.
Czytaj dalej »

5.9.12

Podpatrzone: Tarte Smooth Operator Micronized Clay Finishing Powder

Na ten produkt natrafiłam u Urban Warrior. Nie wiedzieć czemu, od razu nabrałam ochoty na jego wypróbowanie...


Jest to o tyle dziwne zjawisko, że pudrów mam sztuk: raz (EL Lucidity Translucent Loose Powder) i jest to chyba jedyna kategoria makijażowa, w której nowości obchodzą mnie tyle co zeszłoroczny śnieg (ufff, chociaż jedna) :)

Jednak jakimś cudem recenzja Urbanka rozpaliła płomień pożądania... Do rzeczy jednak. 

Smooth Operator to (he, he, he) biały proszek :)




Bez obaw - na twarzy jest absolutnie niewidzialny. Jako posiadaczka typowo śródziemnomorskiej karnacji, wiem co mówię :)

Do czego to służy?

Ano jak to puder - do zmatowienia przede wszystkim. Producent obiecuje też zmniejszenie porów po czterech tygodniach regularnego stosowania. Nie dowiem się zapewne nigdy czy coś w tym jest, bo problemów z porami akurat u mnie brak. 

ALE

Puder od Tarte nałożony jako baza genialnie przedłuża trwałość makijażu! Zastosowałam go w ten sposób idąc niedawno na wesele i mając do dyspozycji jedynie "średnio" trwały podkład Satinfinish od MACa. Bardzo odpowiada mi puder w funkcji bazy, paćkając się skądinąd bardzo dobrą baza Sephory mam jednak wrażenie nakładania na buzię silikonowej maski. Tutaj komfort stosowania jest o niebo większy.

Dodatkowy plus za cruelty free policy:

Ingrediencje:


Dostępność: tutaj robi się problematycznie, ponieważ Tarte to marka zasadniczo niedostępna w PL. Odnalazłam go na Allegro, jednak o wiele atrakcyjniejsza cenowo była oferta na ebayu - zapłaciłam 27,95 $ (razem z przesyłką). Puder nadal jest ofercie sprawdzonego przeze mnie sprzedawcy (tutaj).

Zasadniczo - jeśli wpadnie Wam w ręce, polecam nie wypuszczać :)

M.
Czytaj dalej »

3.9.12

Na tropie bubla: Eveline 3 w 1 60-sekundowy wysuszacz, utwardzacz, nabłyszczacz

Antybohater dnia:



Nazwa jest co najmniej obiecująca. Spróbować postanowiłam z uwagi na rewelacyjną (znaną wszem i wobec) odżywkę Eveline 8 w 1.

Poza tym mój jak dotąd ulubiony wysuszaczo-nabłyszczacz Essie Good to Go! jest bądź co bądź dość drogi, a szukanie tańszych zamienników to już prawie moje hobby :)

Niestety, ów produkt to rozczarowanie na całej linii, bo:
- nie wysusza. Albo ja nie wiem jak go nakładać, tak, żeby osiągnąć zamierzony efekt. Jeśli pospieszymy się za bardzo, na lakierze wyskoczą mało estetyczne bąble. Jeśli zaś chcemy czekać... to jaki jest sens stosowania preparatu przyspieszającego wysuszanie?
- nie utwardza. Jak sądzę, pod tym hasłem kryje się cecha powodująca przedłużenie trwałości lakieru. Po w miarę udanej próbie nałożenia (na prawie suchy lakier...) wcale nie trzyma się dłużej niż przeciętnie.
- nie nabłyszcza. Zostawia jakieś takie błyszcząco-matowe zacieki.

A więc: nie, nie i jeszcze raz nie.

Nie robi nic. Wkurza użytkownika (moi). A w końcu manicure ma sprawiać przyjemność, a nie powodować skoki ciśnienia :P

Nie jest drogi, ale umówmy się, że szkoda wywalać nawet kilka złotych na coś, co zupełnie nie działa. To ja już wolę zainwestować w Chai Latte w Starbucksie :D

Uwaga na marginesie: nie ma to to konsystencji lakieru; jest to płyn. Może więc tutaj tkwi tajemnica braku jego sukcesu... Nie wiem. Nie chcę go więcej znać.

M..
Czytaj dalej »
 
Copyrights 2016 Late Afternoon Coffe