13.1.17

Nowy Rok: garść refleksji + Minimal Planner

Kto to słyszał, żeby pierwszy noworoczny post publikować dopiero 13 stycznia? Cóż... Jak to mówią, lepiej późno niż wcale, namiast jeśli ktoś ma ochotę bardziej na bieżąco śledzić moje kosmetyczno-książkowo-życiowe perypetie może zawsze zerknąć na mój Instagram. Tak w sieci działałam przez ostatni rok i wszystko wskazuje na to, że sytuacja nie ulegnie zmianie, ponieważ nie chcę wrzucać na blog postów byle jakich, kleconych na kolanie i okraszanych kiepskimi zdjęciami. Jednocześnie w Nowym Roku chciałabym usystematyzować nieco moją obecność tutaj, pod własnym adresem. Czy to się uda - zobaczymy. 

To właśnie na Instagramie wspominałam o problemach zdrowotnych, które dopadły mnie na przełomie roku (a dokładnie podczas podróży do domu). Samo to sprawiło, że noworoczne plany i projekty, które jak zwykle nosiłam w głowie od początku grudnia uległy całkowitej dewaluacji. Tak to już jest, że sytuacje nieprzewidywalne zmieniają perspektywę, czasem odwracając wszystko o 180 stopni. Po chwilowym załamaniu nastroju związanym z leżeniem przez całe Święta plackiem na kanapie, doszłam do wniosku, że czas przemodelować noworoczne plany, spisać wszystko na papierze i zacząć działać. Po przeszperaniu internetów na 2017 rok wybrałam Minimal Planner i niestety wszystko wskazuje na to, że nie do końca szczęśliwie.


1. Składanie zamówienia

Strona sklepu zbudowana jest tak, że system ogranicza wybór paczkomatu, z którego chcesz odebrać przesyłkę kierując się wskazanym kodem pocztowym. Ku mojemu zdziwieniu, paczkomat znajdujący się po drugiej stronie ulicy nie załapał się na rozwijaną listę. Wybrałam więc coś na chybił trafił, po czym w komentarzu do zamówienia oraz dodatkowo w osobnym mailu (bo kto wie, czy oni te komentarze tam w ogóle czytają) poprosiłam o wysyłkę w inne miejsce.    

2. Obsługa klienta

Gdyby nie sytuacja opisana w punkcie pierwszym, pewnie nie pojawiłby się również punkt drugi. A więc: natychmiast po złożeniu zamówienia ustaliłam ze sprzedawcą zmianę paczkomatu na "mój" - czytaj: napisałam maila i dostałam odpowiedź potwierdzają tę zmianę. Niestety paczka została wysłana tam, wybrał system, a że w Święta byłam unieruchomiona stanowiło to dla mnie duży problem. Niestety, mimo zwróconej uwagi nie doczekałam się żadnej reakcji sklepu. Za to kilka dni później jak gdyby nigdy nic przysłano mi fakturę za zakupy. Nie zrozumcie mnie źle - ja rozumiem, że pomyłki się zdarzają, ale serio aż tak trudno przyznać się do błędu i przeprosić? Jako klient czuję się olana przez sprzedawcę, a do tego właśnie żaden szanujący się przedsiębiorca nie powinien chcieć dopuścić.   

3. Okładka

Problem z Minimal Plannerem polega na tym, że tak naprawdę na zdjęciach dostępnych w sieci słabo widać, z czym właściwie go się je. Po otwarciu przesyłki moim oczom ukazała się jasnoróżowa, materiałowa okładka o satynowanym wykończeniu. Przypomnę, że mówimy o kalendarzu, który będzie mi towarzyszył przez cały rok, będzie wszędzie noszony, szargany w torebce, ma przed sobą kilka długich podróży... Tymczasem po niecałych dwóch tygodniach pobytu w domu i kilkukrotnym wzięciu go do czystych rąk jakimś cudem już zdążyłam go delikatnie zabrudzić. Jeśli macie pomysł jak wyczyścić papierowy kalendarz okładziony jasnoróżową satyną - bardzo proszę o mail lub komentarz.   

4. Zawartość

Nie wyznaję minimalizmu, a zdrowy rozsądek, więc kiedy na początku Plannera mam miejsce na rozpisanie celów rocznych, potem miesięcznych, potem na początku każdego miesiąca jeszcze raz, potem każdego tygodnia... to się zastanawiam o co w tym chodzi. Wydaje mi się, że mnożenie i powielanie zadań do wykonania oraz rozkładanie wszystkiego na czynniki pierwsze nijak się ma do minimalizmu (ale znów: mogę się mylić, bo minimalizmu nie wyznaję). O ile jestem w stanie zrozumieć potrzebę rozebrania na kawałki np. pisanie pracy magisterskiej albo założenie własnego biznesu, to uważam, że w ciągu roku przeciętny człowiek jest w stanie udźwignąć jeden, no może projekty tego typu. W moim życiu zdecydowanie przeważają zadania w takie jak: "umów dziecko do ortodonty", co nie wymaga tygodniowego monitorowania postępów.

Nie potrafię sobie przypomnieć czemu, ale z jakiś powodów (zdjęcia na IG?) zdawało mi się, że Planner będzie poprzetykany motywacyjnymi hasłami i wskazówkami dotyczącymi organizacji pracy i czasu. Cytaty owszem, pojawiają się co tydzień (chociaż ich wartość motywacyjna jest... różna), natomiast dwie wstawione na początku planera plansze pt. Jakie powinny być cele? oraz Jak zwiększyć realizację celów o 78% rozbudziły jedynie mój apetyt, bowiem w dalszej części kalendarza nic takiego już nie występuje. Szkoda.


5. Cena

Przy tym wszystkim, pomijając koszty wysyłki, planer kosztuje 109 zł, a naklejkowe znaczniki w pasujących kolorach - 25,99 (co ja sobie myślałam...). Połowa tej ceny byłaby w mojej ocenie lekką przesadą, pełna cena - jest nieporozumieniem napompowanym modą na minimalizm i reklamą w social mediach.


Podsumowując: jeśli jeszcze nie macie kalendarza na nowy rok i zastanawiacie się nad zakupem Minimal Plannera, pomyślcie dwa razy. I nie mówcie, że nie ostrzegałam!

Korzystając z okazji, w Nowym Roku życzę Wam mnóstwa uśmiechu, zdrowia i spełnienia najbardziej szalonych planów - najlepiej w 178%!

Wasza,

Mała Czarna

    
Czytaj dalej »

2.12.16

Ulubione: listopad

Garść minirecenzji z podsumowaniem minionego miesiąca oraz zapowiedziami nadchodzących postów :)


1. W minionym miesiącu udało mi się przeczytać kilka mniej lub bardziej udanych powieści. Najlepsza z nich to bez wątpienia Dom Czwarty Katarzyny Puzyńskiej. Jeśli w długi zimowy wieczór najdzie Was ochota na dobry polski kryminał, będzie to doskonały wybór. I nie, nie musicie znać poprzednich losów głównych bohaterów (Dom... to siódma część serii o policjantach z Lipowa). 

2. Mój makijaż oczu od jakiegoś czasu oscyluje wokół paletek Tarte, a Tease to zestaw sześciu cieni, który kupiłam z myślą o czekających mnie niebawem podróżach. Natomiast mini-maskara Lights, camera, lashes trafiła do mnie razem z pokaźnym zestawem miniatur otrzymanym razem z zamówieniem z Sephory. Mówiąc wstępnie - jest szał.

3. Do miniaturowych nowości w mojej kosmetyczce należy również malutki kompakt z rozświetlaczem Becca w kolorze Opal. Byłam strasznie ciekawa tej marki, kiedy więc trafiłam na zestaw rozświetlaczy, nie zastanawiałam się długo nad zakupem. Z pudrem polubiłam się bardzo, z płynem nieco mniej, niemniej jakość w obu przypadkach jest naprawdę imponująca. Co ciekawe, odcień, faktura i generalnie wszystko inne jest identyczne jak w Diorskin Nude Air Glowing Gardens (recenzja tutaj), niemniej cieszę się, że będę miała wersję mini (podróże, podróże). 

4. Pomadę do brwi Anastasia Beverly Hills przywiozłam jeszcze z Polski, ale dopiero w minionym miesiącu urządziłam jej prawdziwy poligon doświadczalny, co pozwala mi nareszcie na wydanie miarodajnej opinii - pozytywnej, a jakże.

5. Moja cera sprawiła mi ostatnio kilka niemiłych niespodzianek, z której to okazji z czeluści szuflady wyciągnęłam miniaturę korektora Double Wear od Estee Lauder. Jest dokładnie tak dobry, jak mówią we wszystkich wpisach na jego temat -idealnie kryjący, wystarczająco (ale nieprzesadnie) gęsty, ładnie wtapiający się w cerę, trwały. 

6. Na froncie pielęgnacyjnym w zasadzie bez zmian, nadal korzystam z różanych dobroci Bielendy z linii Rose Care (recenzja tutaj), w której prawdziwym skarbem jest dwufazowe serum. Odkryciem listopada jest natomiast peeling St. Ives, którego ostatnio używałam... 12 lat temu! Opowiem Wam tę historię przy okazji wpisu na jego temat. Z kolei fioletowa maska Glamglow to produkt, na którego zakup pewnie nie zdecydowałabym się nigdy z własnej woli, gdyby nie saszetki z próbkami. Słoik będzie mój, a dla Was postaram się również opublikować pełną recenzję, anytime soon

7. Przyrzekłam sobie również solennie, że w grudniu opublikuję obiecany daaawno temu wpis na temat moich ukochanych pomadek Essence. Jako że na codzień wolę raczej stonowane, naturalne usta, moim ulubieńcem wszechczasów jest widoczny na zdjęciu odcień Natural Beauty.

8. Co prawda próbki 34 Boulevard st Germain dostałam zaledwie dwa dni temu, ale w przypadku zapachów Diptyque mój nos szybko weryfikuje co mu się podoba, a co nie. W tym przypadku zostałam kompletnie oczarowana.
 
Czy u Was w minionym miesiącu też pojawiły się jakieś ciekawe odkrycia książkowe/modowe/kosmetyczne?

Wasza,

Mała Czarna
Czytaj dalej »

28.11.16

Naczynka: linia Rose Care, BIelenda

Czyli słów kilka o najnowszym, hucznie promowanym w wirtualnym świecie dziecku Bielendy.


Jak pisałam niedawno, tuż przed wyjazdem w ciepłe kraje odkryłam nowe oblicze własnej twarzy. Ponieważ w tych stronach cera naczynkowa jest zjawiskiem właściwie nieistniejącym, od kilku miesięcy nieustająco ściągam z Polski odpowiednie kosmetyki pielęgnacyjne za pomocą rodziny. W jednej z paczek zamówiłam komplet do cery wrażliwej o nazwie Rose Care, o którym poniżej. Dodam, że wszystkie kosmetyki kupiłam sama, nie mam więc żadnych zobowiązań wobec producenta,  jednak dla wygody ewentualnie zainteresowanych podaję od razu link do internetowego sklepu Bielendy. Zaczynając od końca, mój różany ranking prezentuje się następująco:


4. Kojąca woda różana 3 w 1 - nie dajcie się zwieść pozorom: mimo, że plasuje się u mnie na ostatnim miejscu, wcale nie uważam, że jest to kiepski produkt. Chodzi po prostu o to, że wodę dorzuciłam do koszyka z rozpędu w szale zakupów, natomiast ja po prostu nie używam tego rodzaju specyfików. Po zmyciu twarzy wodą micelarną mam wrażenie, że rozmazałam sobie cały brud i makijaż na twarzy, która robi się lepka i kwalifikuje się natychmiast do ponownego umycia czymś innym. Ale to ja, wiem, że niektórzy po prostu tak mają. Jeśli jednak w Waszej pielęgnacji woda micelarna stanowi któryś punkt programu, myślę, że ta będzie równie dobra - i za ogromny plus całej linii uważam to, że każdy może w niej znaleźć coś dla siebie. Ja wodą różaną wolę się po prostu opryskać (tak jak tonikiem różanym od Evree) i dlatego u mnie  ten kosmetyk być może sprawdziłby się lepiej w opakowaniu z atomizerem.

3. Olejek różany do mycia twarzy - dobry, porządny produkt, który "robi robotę", czyli zmywa makijaż i inne świństwa. Czasami lekko ściąga po myciu, nie szczypie w oczy (jak to olejek, czasem tylko zamgli wzrok). W moim olejku w połowie popsuła się pompka :( Mam jednak nadzieję, że po prostu trafiłam na felerny egzemplarz.


2. Krem różany nawilżająco-łagodzący dla cery wrażliwej - z którym polubiłam się tak bardzo, że trafił aż na miejsce drugie :) Mam jednak kilka uwag natury ogólnej. Po pierwsze, jako krem "na dzień i na noc", nie zawiera filtrów, a więc nadaje się bardziej na dzień niż na noc ;) Po drugie, ma lekką, żelową konsystencję - przypomina mi pod tym kątem Clarins Daily Energizer Cream i podobnie jak tamten lepiej sprawdzi się po pierwsze latem, po drugie przy cerze młodej, której zbędne jeszcze są bogate, treściwe mazidła. Na naczynka działa bardzo miło, żel lekko chłodzi, łagodzi, nawilża. Bardzo przyjemna rzecz, którą na pewno warto wypróbować - latem albo podczas gorących wakacji (jeśli wkrótce się wybieracie).


1. Serum różane Multifazowa formuła nawilązająco-kojąca - coś, co pokochałam bezgranicznie i na co namawiam najgoręcej. Serum jest dwufazowe, zamknięte w szklanej butelce ze szklaną pipetką. Po zmieszaniu w płynie widać miliardy bąbelków i taką właśnie musującą konsystencję ma w momencie nakładania na twarz, co po pierwsze daje baaaaardzo przyjemne odczucia, a po drugie sprawia, że serum łatwiej wsmarować - jest dużo mniej "tępe" niż olejek. Druga fantastyczna cecha to wchłanianie - serum znika do zera, zatem mimo, że nawilża tak samo dogłębnie jak olejki, to jednak można śmiało nakładać je rano pod makijaż. Mi przy stosowaniu olejków na noc zdarza się rano obudzić z filmem na twarzy, co średnio przyjemne jest ;) Serum łagodzi zaczerwienienia, nawilża, zmiękcza, odżywia... Robi WSZYSTKO. Uwielbiam.

Jedynym produktem z gamy, który cały czas czeka na swoją kolej jest Olejek różany do twarzy - obecnie jestem w trakcie zużywania olejku Magic Rose od Evree. Ważne też, że jak można domniemać po nazwie, wszystkie kosmetyki Serii Różanej mają odpowiedni zapach, ostrzegam więc osoby, które zapachowo nie tolerują róży w swojej obecności. Słowem podsumowania: ta linia to zestaw naprawdę dobrych kosmetyków o solidnym działaniu, niezłym składzie i bardzo przystępnej cenie. Dla mnie jest znakomita, a Bielenda powoli staje się moją ulubioną Polską marką kosmetyczną :)

Wasza,
Mała Czarna

  
Czytaj dalej »

19.11.16

Projekt Starskin: Detoxing Sea Kelp Leaf Cleansing Foam

Testowanie kosmetyków Starskin trwa :) Po niezbyt zachwycających płatkach pod oczy (recenzja tutaj) musiałam dać sobie nieco więcej czasu na rzetelne wypróbowanie czyścika o wymienionej w tytule posta przydługiej nazwie, która zwraca uwagę na niby główny, a w rzeczywistości piąty na liście składnik pianki, czyli (uwaga) wielkomorszcz grzuszkonośny (ha!).

Zacznijmy jednak od początku. Czyścik zapakowany jest w saszetkę z plastikową nakrętką, co stanowi rozwiązanie praktyczne i wygodne. Wyjściowo ma konsystencję gęstego kremu z małymi, dość ostrymi drobinkami; dopiero w kontakcie z wodą wszystko zamienia się w rzeczoną piankę, a drobinki całkowicie się rozpuszczają. 

Obietnice producenta a moje odczucia:
  • Daily Detoxing - jeśli ktoś ma pomysł, jak to sprawdzić, chętnie się dowiem... Póki co, traktuję to jako modny ostatnio w branży beauty marketingowy slogan.
  • Exceptionally Cleansing - oczyszcza, to fakt, ale nie żeby jakoś wyjątkowo głęboko. W pewnym momencie stosowania pianki nałożyłam na nos plasterek oczyszczający Nivea, który wyciągnął z porów to, co zwykle; biorąc pod uwagę to doświadczenie śmiem powiątpiewać w to hasło.
  • Makeup Removing - nawet tak, tylko pod żadnym pozorem nie dopuszczajcie go do oczu! Takie ostrzeżenie widnieje na opakowaniu, tyle że w tym wypadku rzeczywiście lepiej mieć je na uwadze. Pianka szczypie jak diabeł i niestety ciężko jest nad nią zapanować kiedy znajdzie się już na twarzy.
  • Super Smoothing - tu niejako dochodzimy do sedna sprawy. Moja twarz sama z siebie niestety rzadko jest idealnie gładka i jedynie odpowiednie wsparcie kosmetyczne zapewnia mi idealny start pod rozświetlacz. Ten czyścik po prostu nie sprawdza się w tej kategorii.
  • Moisture Balancing - traktuję to jako czysty chwyt marketingowy, bo w zasadzie ani w składzie nie ma nic specjalnie nawilżającego, ani równowagi w tym zakresie nie czuć po użyciu pianki. Wyczyści, lekko ściągnie i tyle. Z racji obecności w składzie glinki zamieniłabym to hasło na coś związanego z kontrolą wydzielania sebum.
Na stronie Douglas można przeczytać, że pianka przeznaczona jest do każdego rodzaju cery; ja z uwagi na glinkę zawęziłabym krąg adresatów. Moich szczególnych naczynkowych potrzeb pianka oczywiście nie zaspokaja, natomiast jeśli chodzi  o potrzeby podstawowe, to znam inne (tańsze) produkty, które dużo lepiej spisują się w tym zakresie.
 
Tyle ode mnie. Niestety moje kolejne podejście do Starskin skończyło się tak sobie. Do wypróbowania zostały mi jeszcze dwie saszetki, ale przyznam, że zapał słabnie... 

Wasza, 

Mała Czarna
Czytaj dalej »
 
Copyrights 2016 Late Afternoon Coffe