2.12.16

Ulubione: listopad

Garść minirecenzji z podsumowaniem minionego miesiąca oraz zapowiedziami nadchodzących postów :)


1. W minionym miesiącu udało mi się przeczytać kilka mniej lub bardziej udanych powieści. Najlepsza z nich to bez wątpienia Dom Czwarty Katarzyny Puzyńskiej. Jeśli w długi zimowy wieczór najdzie Was ochota na dobry polski kryminał, będzie to doskonały wybór. I nie, nie musicie znać poprzednich losów głównych bohaterów (Dom... to siódma część serii o policjantach z Lipowa). 

2. Mój makijaż oczu od jakiegoś czasu oscyluje wokół paletek Tarte, a Tease to zestaw sześciu cieni, który kupiłam z myślą o czekających mnie niebawem podróżach. Natomiast mini-maskara Lights, camera, lashes trafiła do mnie razem z pokaźnym zestawem miniatur otrzymanym razem z zamówieniem z Sephory. Mówiąc wstępnie - jest szał.

3. Do miniaturowych nowości w mojej kosmetyczce należy również malutki kompakt z rozświetlaczem Becca w kolorze Opal. Byłam strasznie ciekawa tej marki, kiedy więc trafiłam na zestaw rozświetlaczy, nie zastanawiałam się długo nad zakupem. Z pudrem polubiłam się bardzo, z płynem nieco mniej, niemniej jakość w obu przypadkach jest naprawdę imponująca. Co ciekawe, odcień, faktura i generalnie wszystko inne jest identyczne jak w Diorskin Nude Air Glowing Gardens (recenzja tutaj), niemniej cieszę się, że będę miała wersję mini (podróże, podróże). 

4. Pomadę do brwi Anastasia Beverly Hills przywiozłam jeszcze z Polski, ale dopiero w minionym miesiącu urządziłam jej prawdziwy poligon doświadczalny, co pozwala mi nareszcie na wydanie miarodajnej opinii - pozytywnej, a jakże.

5. Moja cera sprawiła mi ostatnio kilka niemiłych niespodzianek, z której to okazji z czeluści szuflady wyciągnęłam miniaturę korektora Double Wear od Estee Lauder. Jest dokładnie tak dobry, jak mówią we wszystkich wpisach na jego temat -idealnie kryjący, wystarczająco (ale nieprzesadnie) gęsty, ładnie wtapiający się w cerę, trwały. 

6. Na froncie pielęgnacyjnym w zasadzie bez zmian, nadal korzystam z różanych dobroci Bielendy z linii Rose Care (recenzja tutaj), w której prawdziwym skarbem jest dwufazowe serum. Odkryciem listopada jest natomiast peeling St. Ives, którego ostatnio używałam... 12 lat temu! Opowiem Wam tę historię przy okazji wpisu na jego temat. Z kolei fioletowa maska Glamglow to produkt, na którego zakup pewnie nie zdecydowałabym się nigdy z własnej woli, gdyby nie saszetki z próbkami. Słoik będzie mój, a dla Was postaram się również opublikować pełną recenzję, anytime soon

7. Przyrzekłam sobie również solennie, że w grudniu opublikuję obiecany daaawno temu wpis na temat moich ukochanych pomadek Essence. Jako że na codzień wolę raczej stonowane, naturalne usta, moim ulubieńcem wszechczasów jest widoczny na zdjęciu odcień Natural Beauty.

8. Co prawda próbki 34 Boulevard st Germain dostałam zaledwie dwa dni temu, ale w przypadku zapachów Diptyque mój nos szybko weryfikuje co mu się podoba, a co nie. W tym przypadku zostałam kompletnie oczarowana.
 
Czy u Was w minionym miesiącu też pojawiły się jakieś ciekawe odkrycia książkowe/modowe/kosmetyczne?

Wasza,

Mała Czarna
Czytaj dalej »

28.11.16

Naczynka: linia Rose Care, BIelenda

Czyli słów kilka o najnowszym, hucznie promowanym w wirtualnym świecie dziecku Bielendy.


Jak pisałam niedawno, tuż przed wyjazdem w ciepłe kraje odkryłam nowe oblicze własnej twarzy. Ponieważ w tych stronach cera naczynkowa jest zjawiskiem właściwie nieistniejącym, od kilku miesięcy nieustająco ściągam z Polski odpowiednie kosmetyki pielęgnacyjne za pomocą rodziny. W jednej z paczek zamówiłam komplet do cery wrażliwej o nazwie Rose Care, o którym poniżej. Dodam, że wszystkie kosmetyki kupiłam sama, nie mam więc żadnych zobowiązań wobec producenta,  jednak dla wygody ewentualnie zainteresowanych podaję od razu link do internetowego sklepu Bielendy. Zaczynając od końca, mój różany ranking prezentuje się następująco:


4. Kojąca woda różana 3 w 1 - nie dajcie się zwieść pozorom: mimo, że plasuje się u mnie na ostatnim miejscu, wcale nie uważam, że jest to kiepski produkt. Chodzi po prostu o to, że wodę dorzuciłam do koszyka z rozpędu w szale zakupów, natomiast ja po prostu nie używam tego rodzaju specyfików. Po zmyciu twarzy wodą micelarną mam wrażenie, że rozmazałam sobie cały brud i makijaż na twarzy, która robi się lepka i kwalifikuje się natychmiast do ponownego umycia czymś innym. Ale to ja, wiem, że niektórzy po prostu tak mają. Jeśli jednak w Waszej pielęgnacji woda micelarna stanowi któryś punkt programu, myślę, że ta będzie równie dobra - i za ogromny plus całej linii uważam to, że każdy może w niej znaleźć coś dla siebie. Ja wodą różaną wolę się po prostu opryskać (tak jak tonikiem różanym od Evree) i dlatego u mnie  ten kosmetyk być może sprawdziłby się lepiej w opakowaniu z atomizerem.

3. Olejek różany do mycia twarzy - dobry, porządny produkt, który "robi robotę", czyli zmywa makijaż i inne świństwa. Czasami lekko ściąga po myciu, nie szczypie w oczy (jak to olejek, czasem tylko zamgli wzrok). W moim olejku w połowie popsuła się pompka :( Mam jednak nadzieję, że po prostu trafiłam na felerny egzemplarz.


2. Krem różany nawilżająco-łagodzący dla cery wrażliwej - z którym polubiłam się tak bardzo, że trafił aż na miejsce drugie :) Mam jednak kilka uwag natury ogólnej. Po pierwsze, jako krem "na dzień i na noc", nie zawiera filtrów, a więc nadaje się bardziej na dzień niż na noc ;) Po drugie, ma lekką, żelową konsystencję - przypomina mi pod tym kątem Clarins Daily Energizer Cream i podobnie jak tamten lepiej sprawdzi się po pierwsze latem, po drugie przy cerze młodej, której zbędne jeszcze są bogate, treściwe mazidła. Na naczynka działa bardzo miło, żel lekko chłodzi, łagodzi, nawilża. Bardzo przyjemna rzecz, którą na pewno warto wypróbować - latem albo podczas gorących wakacji (jeśli wkrótce się wybieracie).


1. Serum różane Multifazowa formuła nawilązająco-kojąca - coś, co pokochałam bezgranicznie i na co namawiam najgoręcej. Serum jest dwufazowe, zamknięte w szklanej butelce ze szklaną pipetką. Po zmieszaniu w płynie widać miliardy bąbelków i taką właśnie musującą konsystencję ma w momencie nakładania na twarz, co po pierwsze daje baaaaardzo przyjemne odczucia, a po drugie sprawia, że serum łatwiej wsmarować - jest dużo mniej "tępe" niż olejek. Druga fantastyczna cecha to wchłanianie - serum znika do zera, zatem mimo, że nawilża tak samo dogłębnie jak olejki, to jednak można śmiało nakładać je rano pod makijaż. Mi przy stosowaniu olejków na noc zdarza się rano obudzić z filmem na twarzy, co średnio przyjemne jest ;) Serum łagodzi zaczerwienienia, nawilża, zmiękcza, odżywia... Robi WSZYSTKO. Uwielbiam.

Jedynym produktem z gamy, który cały czas czeka na swoją kolej jest Olejek różany do twarzy - obecnie jestem w trakcie zużywania olejku Magic Rose od Evree. Ważne też, że jak można domniemać po nazwie, wszystkie kosmetyki Serii Różanej mają odpowiedni zapach, ostrzegam więc osoby, które zapachowo nie tolerują róży w swojej obecności. Słowem podsumowania: ta linia to zestaw naprawdę dobrych kosmetyków o solidnym działaniu, niezłym składzie i bardzo przystępnej cenie. Dla mnie jest znakomita, a Bielenda powoli staje się moją ulubioną Polską marką kosmetyczną :)

Wasza,
Mała Czarna

  
Czytaj dalej »

19.11.16

Projekt Starskin: Detoxing Sea Kelp Leaf Cleansing Foam

Testowanie kosmetyków Starskin trwa :) Po niezbyt zachwycających płatkach pod oczy (recenzja tutaj) musiałam dać sobie nieco więcej czasu na rzetelne wypróbowanie czyścika o wymienionej w tytule posta przydługiej nazwie, która zwraca uwagę na niby główny, a w rzeczywistości piąty na liście składnik pianki, czyli (uwaga) wielkomorszcz grzuszkonośny (ha!).

Zacznijmy jednak od początku. Czyścik zapakowany jest w saszetkę z plastikową nakrętką, co stanowi rozwiązanie praktyczne i wygodne. Wyjściowo ma konsystencję gęstego kremu z małymi, dość ostrymi drobinkami; dopiero w kontakcie z wodą wszystko zamienia się w rzeczoną piankę, a drobinki całkowicie się rozpuszczają. 

Obietnice producenta a moje odczucia:
  • Daily Detoxing - jeśli ktoś ma pomysł, jak to sprawdzić, chętnie się dowiem... Póki co, traktuję to jako modny ostatnio w branży beauty marketingowy slogan.
  • Exceptionally Cleansing - oczyszcza, to fakt, ale nie żeby jakoś wyjątkowo głęboko. W pewnym momencie stosowania pianki nałożyłam na nos plasterek oczyszczający Nivea, który wyciągnął z porów to, co zwykle; biorąc pod uwagę to doświadczenie śmiem powiątpiewać w to hasło.
  • Makeup Removing - nawet tak, tylko pod żadnym pozorem nie dopuszczajcie go do oczu! Takie ostrzeżenie widnieje na opakowaniu, tyle że w tym wypadku rzeczywiście lepiej mieć je na uwadze. Pianka szczypie jak diabeł i niestety ciężko jest nad nią zapanować kiedy znajdzie się już na twarzy.
  • Super Smoothing - tu niejako dochodzimy do sedna sprawy. Moja twarz sama z siebie niestety rzadko jest idealnie gładka i jedynie odpowiednie wsparcie kosmetyczne zapewnia mi idealny start pod rozświetlacz. Ten czyścik po prostu nie sprawdza się w tej kategorii.
  • Moisture Balancing - traktuję to jako czysty chwyt marketingowy, bo w zasadzie ani w składzie nie ma nic specjalnie nawilżającego, ani równowagi w tym zakresie nie czuć po użyciu pianki. Wyczyści, lekko ściągnie i tyle. Z racji obecności w składzie glinki zamieniłabym to hasło na coś związanego z kontrolą wydzielania sebum.
Na stronie Douglas można przeczytać, że pianka przeznaczona jest do każdego rodzaju cery; ja z uwagi na glinkę zawęziłabym krąg adresatów. Moich szczególnych naczynkowych potrzeb pianka oczywiście nie zaspokaja, natomiast jeśli chodzi  o potrzeby podstawowe, to znam inne (tańsze) produkty, które dużo lepiej spisują się w tym zakresie.
 
Tyle ode mnie. Niestety moje kolejne podejście do Starskin skończyło się tak sobie. Do wypróbowania zostały mi jeszcze dwie saszetki, ale przyznam, że zapał słabnie... 

Wasza, 

Mała Czarna
Czytaj dalej »

10.11.16

Oczy: paleta Sleek 'Goodnight Sweetheart'

Odliczanie w dół z jesiennej wishlist trwa :) Niektóre kosmetyki kupiłam, z niektórych zrezygnowałam, nad innymi wciąż dumam. Do pierwszej grupy zalicza się paletka Sleek Goodnight Sweetheart, która trafiła do mnie trzy tygodnie temu. 

Jak każda paletka cieni Sleeka, GS zawiera 12 cieni o bardzo przyzwoitej pigmentacji. W środku znajdziemy folię z nadrukowanymi nazwami cieni, w tym przypadku wywołującymi skojarzenia ze zmysłowym choć jednocześnie przytulnym jesiennym wieczorem:
  • Seduction - chłodny taupe o srebrnym błysku i srebrnych drobinkach
  • Velvet Wrap - satynowa brudna róża z drobinkami
  • Romance - matowa "dusty rose"
  • Lingerie - przepiękny, nietuzinkowy odcień bladego różowego złota o szampańskim połysku; do wypróbowaniu również jako rozświetlacz
  • Dusk - ciepły satynowy taupe
  • L.O.V. E. - sprane majtki z różowej satyny
  •  
    Górne zdjęcie: światło naturalne, zdjęcie dolne z lampą

  • By the Fireside - kolejny, ale chyba najładniejszy róż; tym razem satyna o średnim nasyceniu barwy
  • Hold Me Tonight - aż drugi (i ostatni) mat w odcieniu gorzkiej czekolady
  • Sweet Dreams - czekolada mleczna ze srebrnymi drobinkami
  • Love is in the Air - cudowna satynowa śliwka z holograficznymi drobinkami, drugi ulubieniec z tej palety
  • Snuggle - sinobrązowy cień o holograficznym zielonkawym połysku (dupe osławionego MAC Club i C'mon Chameleon od Catrice)
  • Sleeping Beauty - chłodna szara satyna ze srebrnymi drobinkami

Górne zdjęcie: światło naturalne, zdjęcie dolne z lampą
W tym momencie zapytam, czy nie uderza Was myśl, że prawie wszystko w tej palecie świeci i błyszczy? Mnie przyszło to do głowy dopiero kiedy postanowiłam wykonać nią pierwszy makijaż, który rozpoczęłam od... wyciągnięcia z szuflady matowego, waniliowego cienia z Sephory. Mimo kilku prób nie jestem w stanie stworzyć kompleksowego dziennego makijażu oka bazując tylko i wyłącznie na GS. Podobnie odebrałam zresztą najnowszą paletę Anastasia Beverly Hills, Master Palette by Mario - błysk i blask na wysoki połysk. Z mojego punktu widzenia obie te palety są doskonałym uzupełnieniem mojego zbioru cieni o jesienne akcenty w odcieniach borda, zieleni, granatu (to już o bardziej palecie by Mario), natomiast nie jest to coś, co wrzuciłabym do torby na weekendowy wyjazd licząc, że załatwię tym różne makijaże na kilka okazji. Tym samym nie żałuję 30-paru zł wydanych na GS i jednocześnie cieszę się, że nie wydałam równowartości 200+ zł na paletę ABH - ja po każdą sięgałabym z doskoku, a skoro tak, to... po co przepłacać?

W kwestii formalnej: trwałość cieni w GS nie odbiega od Sleekowej normy - jest dobrze, a na bazie jeszcze lepiej. Cienie są miękkie i w większości łatwe w obsłudze, jedynie maty wymagają nieco więcej skupienia - nakładane zbyt ciężką ręką potrafią plamić. Wspomniane wszechobecne niemal drobinki są naprawdę drobne, nie osypują się i nie wędrują po całej twarzy w ciągu dnia. Dobór kolorów oceniam raczej pozytywnie, choć nie jestem pewna, czy trzy błyszczące odcienie różu i trzy odmiany taupe to nie jest lekka przesada. Z drugiej strony, kolory świetnie się ze sobą komponują; bardzo lubię trick z grupowaniem cieni czwórkami, co w 12-elementowej GS wygląda następująco:


Podsumowując, jeśli tak jak mi brakuje Wam w kolorówkowym zbiorze bordowo-różanych, jesiennych cieni do oczu, zdecydowanie zachęcam do zakupu GS - stosunkowo niewielkim kosztem uzupełnicie makijaż o całkiem porządne jakościowo cienie.


Paleta wchodzi w skład limitowanej kolekcji, więc kto pierwszy ten lepszy!

Wasza, 

Mała Czarna
Czytaj dalej »
 
Copyrights 2016 Late Afternoon Coffe