22.2.17

Makijaż oka: paleta Modern Renaissance, Anastasia Beverly Hills

Dzisiaj na moim Instagramie miała mieć miejsce premiera krótkiej recenzji palety Modern Renessaince. Ponieważ jednak po nagraniu całego kilkuodcinkowego (jak to na Instastories bywa) materiału okazało się, że Instagram opublikował moje filmy w postaci zdjęć 😖 zdecydowałam się wstawić recenzję tutaj. Mam nadzieję, że przyda się każdemu (każdej?) z Was, które zastanawiają się nad zakupem MR – tym bardziej, że w Polsce trzeba na nią wydać niemałe pieniądze.

Ja wokół MR krążyłam bardzo długo, bo cienie wydawały mi się nieciekawe i kompletnie nie w moim stylu. Na zakup zdecydowałam się ostatecznie kilka dni temu (urodowe YouTuberki nie mogą się przecież myllić!), gdy paleta była dostępna już tylko online. Co gorsza, po otrzymaniu i rozpakowaniu przesyłki moja pierwsza myśl dotyczyła... zwrotu palety (nieciekawe i nie w moim stylu).

Szybko jednak zmieniłam zdanie – jak dotąd za pomocą MR wykonałam dwa makijaże i przyznaję bez bicia, że na oku cienie wyglądają obłędnie. Są dużo bardziej efektowne niż w opakowaniu i nie odda tego żaden swatch – polecam szukać raczej zdjęć makijaży wykonanych przy użyciu MR. Kolejnym ogromnym plusem jest konsystencja cieni – powiedzieć, że są miękkie to nie powiedzieć nic. Z tego tytułu cudownie się blendują, ale trzeba to robić bardzo dokładnie i z tej okazji poświęcić oku nieco więcej czasu. Wymóg dokładności wynika jeszcze z bezkonkurencyjnej pigmentacji cieni. Czysty obłęd.

I teraz uwaga: mimo zachwytu do nieprzytomności, nie sądzę, że jest to paleta dla każdego. MR to świetny wybór dla profesjonalistów oraz tych z Was, które lubią nieco odważniejszy, mocniejszy, śmielszy makijaż oka. Inaczej po prostu nie będziecie w stanie w pełni wykorzystać potencjału MR, a jeśli tak, to po co przepłacać?

Wasza,

Mała Czarna

Ps. Jeśli jesteście zainteresowane moją opinią na temat innych kosmetyków ABH, dajcie znać, chętnie pomogę, bo jak widać uzbierała mi się już ich mała kolekcja (oprócz tego, co widać na zdjęciach mam jeszcze produkty do brwi, od których zaczęła się moja przygoda z tą marką) 💥💥💥
Czytaj dalej »

7.2.17

Nowe: paleta cieni Tarteist Pro to Go

Moja miłość do cieni Tarte wzrasta z każdą wypróbowaną paletą... nie wiem więc dlaczego pomyślałam, że zakup jednego z najnowszych maluszków uchroni mnie przed zakupem dużej palety Pro... A może po prostu podświadomie chciałam mieć je obie 😉







Paletka Pro to Go trzyma bowiem poziom, do którego przyzwyczaiły mnie palety Tarte in Bloom. Cienie mają dobrą pigmentację, ładnie się blendują i budują, w bonusie mają ładny, słodki zapach. U mnie, posiadaczki powiek o niespecjalnie szczególnych właściwościach, wymagają nałożenia bazy - na Color Tatoo wytrzymują bez zbierania się ok. 8 godzin, co nie odstaje w żadną stronę od jakichkolwiek innych cieni Tarte z mojego zbiorku. Uczciwie rzecz biorąc, tak samo jak pozostałe, te również pylą się nieco przy nabieraniu na pędzel. Nie zrozumcie mnie źle: chodzi o zupełnie inną cechę niż opadanie cienia z powieki - takiego zjawiska póki co nie zauważyłam. Nie chcąc natomiast otrzepywać się z unoszących się cieni podczas robienia makijażu radzę po prostu raczej delikatnie dotykać pędzlem powierzchni cienia niż "zmiatać" go z wierzchu. Kwestia przyzwyczajenia, ja już nauczyłam się prawidłowej obsługi.

Do zakupu zachęciła mnie również popularna od jakiegoś czasu ciepła kolorystyka cieni - swatche poniżej:

Górny rząd: jasny matowy nude Drive, matowe kakao Stylin i metaliczne stare złoto Boss
Dolny rząd: jasne złoto Hype, ciemny ciepły matowy nude Crisp i metaliczna przydymiona róża Dominate


Cieszę się, że paleta składa się w połowie z błyskotek i w połowie z matów; taki dobór wykończeń skutkuje zestawem, z którego da się wyczarować chyba każdy rodzaj makijażu oka. Jeśli dołożyć do tego jej kompaktowy rozmiar i lusterko, mamy idealny kosmetyk do zabrania w podróż czy do torebki, celem popołudniowego przeprawienia makijażu z dziennego na wieczorowy.

Jestem oczywiście świadoma ograniczonej dostępności Tarte w Polsce, ale jeśli jesteście zainteresowane zakupem Pro to Go, na moim Instagramie znajdziecie wskazówkę, gdzie można ją upolować 😊


Wasza,

Mała Czarna

Czytaj dalej »

24.1.17

Z sieci: zamiennik Glambrush T13

Kto widział już najnowszy film Red Lipstick Monster o uniwersalnym pędzlu do makijażu twarzy, jakim zdaniem Ewy jest właśnie Glamburush T13? Jeśli po obejrzeniu nagrania (albo i nie) zapragnęłyście go mieć, zła wiadomość jest taka, że pędzel ten został już wyprzedany, a Internety donoszą o braku zamiaru kontynuacji jego produkcji. Rada? Znaleźć godnego zastępcę. Ja w to miejsce proponuję Wam pędzel Zoeva nr 109 w wersji Vegan*.



Co prawda jest on droższy od Glambrusha (62,90 zł w Mintishop), jednak nie jest to wciąż najwyższa, luksusowa półka cenowa. 109-tka przede wszystkim bardzo przypomina T13 budową - ma podobnej długości włosie, kształt mocno spłaszczonego owalu i jest pędzlem typu flat top. Jedyna różnica polega na tym, że 109-tka ma mniejszą powierzchnię - co moim zdaniem stanowi jej zaletę, ponieważ po pierwsze jest bardziej precyzyjna, po drugie sprawdzi się lepiej na małej twarzy. 



Odkrywszy podobieństwo 109-tki do pokazanego przez Ewę pędzla T13, wykonałam nią dzisiaj rano cały makijaż twarzy. Odniosła stuprocentowe zwycięstwo (może nieco bardziej musiałam przyłożyć się do roztarcia smug na nosie), poza tym, że... od niepamiętnych czasów większość twarzy "robię" BeautyBlenderem, a ostatnio i "szczoteczką" Oval 6 od MAC i odzwyczaiłam się już od zwykłego pędzla do twarzy J

Nie ukrywam, że 109-tka to mój najnowszy pędzel, siłą rzeczy używam go więc od niedawna, jednak wierzę, że jakością nie będzie odbiegać od pozostałych Zoevek, które stanowią większość w moim pędzlowym zbiorku. Także kciuki w górę dla 109-tki!

Wasza,

Mała Czarna 

*Dlaczego wersja Vegan? Osobiście nie mam porównania z wersją naturalną, ale według Maxineczki różnica polega na miękkości włosia (KLIK, ok. 29 minuty filmu).

Czytaj dalej »

23.1.17

Za grosze: Wibo Perfect Look Concealer Palette


Dwukrotna drastyczna zmiana klimatu w ciągu kilku ostatnich tygodni mocno odbiła się na stanie mojej cery, toteż w najbliższym czasie najczęściej (nad)używanymi przeze mnie kosmetykami są wszelkie produkty nawilżające, rozjaśniające i kamuflujące. Siłą rzeczy takich pojawi się tu w najbliższym czasie więcej.

Jakkolwiek od dłuższego czasu każdy mój zakup kosmetyczny poprzedzony jest lekturą dostępnych w internecie opinii i recenzji, paletkę Wibo kupiłam zupełnie w ciemno, wiedziona natychmiastową potrzebą zastosowania korektora, którego jakimś cudem nie zabrałam ze sobą do Polski. Paleta to klasyczne kółeczko podzielone na cztery części, w których znajdują się dwa korektory w kolorze skóry, jeden lawendowy oraz rozświetlacz – każde o gramaturze 4 g. Ponieważ zamawiałam paletkę przez internet z odbiorem w Rossmanie, miło zaskoczyła mnie jej wielkość. A potem było już tylko lepiej J



Dwa kolory cieliste – ciemniejszy i jaśniejszy – mieszamy oczywiście ze sobą wedle uznania, sprowadzając odcień do pożądanego wspólnego mianownika. Korektory mają cięższą konsystencję i nadają się raczej do twarzy niż pod oczy. Mocno kryją, ale ładnie „znikają” w podkładzie i są naprawdę trwałe. Kolejnym mocnym punktem (i zarazem kolejnym zaskoczeniem) jest lawendowa baza, która w zamyśle producenta „maskuje przebarwienia i żółte odcienie cery”. Ja nałożyłam ją po prostu na cienie pod oczami i przykryłam korektorem Instant Age Rewind od Maybelline. Efekt eksperymentu przeszedł moje najśmielsze oczekiwania – cienie, z którymi walczę od lat zniknęły, a sam korektor mocno zyskał na trwałości.


Łyżką dziegdziu w tym słoiku miodu jest rozświetlacz, który moim zdaniem nie nadaje się do... niczego. Przede wszystkim jeśli nie rozgrzeje się go odpowiednio mocno na palcu ma zbyt woskową konsystencję. Nałożony zbyt cienką warstwą zostawia ślad widocznych złotych drobinek, natomiast jeśli poszalejecie w drugą stronę na twarzy oprócz drobinek zostanie pełowa smuga w żółtawym odcieniu. Efekt końcowy daleki jest od gładkiej, nienachalnej tafli. Mając jednak na względzie, że paletka kosztuje 18,99 zł jestem w stanie po prostu wywalić cały ten rozświetlacz do kosza. Niemniej wdzięczna byłabym za rozpatrzenie przez producenta możliwości wymienienia go na najlepszego przyjaciela naczynkowca, czyli korektor w odcieniu zieleni. 

Uzupełniając kosmetyczne zakupy w Rossmanie trafiłam też (między innymi) na dwa inne rewelacyjne produkty Wibo, które sprawiły że (przynajmniej na razie) wyleczyłam się z innej zachcianki makijażowej z logo Chanel. Ale o tym wkrótce J Natomiast jeśli obecnie rozglądacie się za nowym korektorem, serdecznie polecam przyjrzeć się paletce z Wibo (KLIK).


Wasza,

Mała Czarna

P.s. Kto słyszał już Shape of You? W ogóle bym nie pomyślała, że to Ed Sheeran... #mistrz! A poza tym w jakiś dziwny (choć niezaprzeczalnie przyjemny) sposób kojarzy mi się z... Lambadą J
Czytaj dalej »
 
Copyrights 2016 Late Afternoon Coffe